Dziennik. To nie jest dziennik

Symons fragm

(Mark Lancelot Symons, Baśń (fragm.), b.d., Newport Museum and Art Gallery,
źródło: tumblr.com)

Kondukt za miastem Ger

Za miastem Ger napotykamy pogrzeb. Kondukt kroczy ścieżką rowerową. Uważam, że to poniekąd zabawne, zwłaszcza jeśli zmarły nie był cyklistą. Drugi napotkany pogrzeb – proboszcz by się ucieszył, że tyle śmierci – jest zwyczajny. Srebrna furgonetka ma zamiar połknąć ciało.

Dostrzeganie poezji w Lublinie

Aby w mieście dostrzec poezję, należy wpierw z niego wyjechać. Wracając zauważa się, że jest jej sporo, ale poszczególne kwartały, ba ulice nawet, różnią się między sobą. Krakowskie Przedmieście jest na przykład pijacką piosenką. Zaraz za bramą pisze się w stylu Cohena: zresztą dużo go tu było, gdy trzymaliśmy się za ręce, dawno temu, w kawiarniach i pizzeriach, w naszym tajemnym życiu.

Nabożne lektury w mieście Ś.

Przyglądam się w mieście Ś. półeczce z nabożnymi lekturami. Na niej nie ma Franciszka i tych wszystkich modernistycznych wygibasów, niepodzielnie panuje prestidigitator, brat Eliasz (stygmaty i program w telewizji) oraz niejaka pani Alicja (panią Alicję imprimaturował pan Arcydzięgiel z R., obecnie w Szczecinie), która twierdzi, że rozum jest zły. Cuda na tej półeczce liczne, kapie krew, cierpienie uszlachetnia (nie należy się leczyć, sugeruje rzekomy osobisty Jezus pani Alicji). Bije z niej ciemna noc.

Sen o dawno

Z paroma osobami nie wiem właściwie, co się potem działo. Nie spotkaliśmy się nigdy na ulicy albo w pociągu, nie pisaliśmy do siebie listów, a później maili (pierwsze maile były czarno-zielone), nie obserwuję ich instagrama, część zmieniła nazwiska. Gwałtowne zniknięcia dotykają ludzi sobie bliskich, a co można powiedzieć o kimś, z kim się zetknęło lat temu dwadzieścia.

Dlatego mój sen. Spotkanie klasowe po latach: nie mogę rozpoznać nikogo.

Walory zapachowe wokandy

Sąd pachnie cytryną. Lepiej żebym zapamiętał jedynie zapach. Wszystko inne nie nadaje się do zapamiętywania. Może jeszcze wyborna kolumnada i słońce, kiedy już się wyszło, kiedy się spojrzało na cztery potężne kobiece głowy na reklamie nad kinem „Femina”, i kiedy się piło na piętrze herbatę. Potem tramwaj.

Różowy

Wystąpiło ich dwóch, pan G. i pan J. (od ich występu zabroniłem pracownikom pisać per jego ekscelencja), dwóch panów w różowych czapeczkach, żaden nie zamierzał przepraszać. Mówili o nieczystości, ale gubiła ich pycha (tutaj).

Kiedy pisałem o jesieni (tutaj), nie sądziłem, że nadciąga zima. Muszę się na nowo określić: katolik bezpośrednio podległy Stolicy Apostolskiej, inaczej trzeba byłoby odejść.

O słuchaniu ptaków

Ptasi śpiew. Weź przycisz, sprawdzimy. Nie da się ustalić, czy to relaksacyjna muzyka w komputerze E., czy na serio za oknem. Ścisza. Ptasi śpiew. Ale nie całkiem ściszyła. Oczekiwanie, że wiosna. Że wiosna coś zmieni.

O śpiewaniu ptaków

Chciałbym z Tobą zaśpiewać Hosanna.
(Ale nie mogę, skoro należę do krukowatych.)

Dłonie

Ściskali im dłonie w listopadzie. Ci wspaniali młodzi ludzie, kwiat narodu, wielka, katolicka, huk rac, jaki sukces, dwieście tysięcy, Polska. Nasi faszyści to są przecież nasi faszyści, podobnie jak nasze ludobójstwa nie są złe, bo są nasze.

Więc kiedy dzisiaj nasi faszyści chwalą terrorystę z Christchurch, będę pisał o tamtych dłoniach (tutaj).

Dostrzeganie prozy w Warszawie

Dziś proboszcz nie o śmierci. Bemowo – głosi – myśli o pieniądzach i seksie. Nikt piękniej chyba nie opisał tej dzielnicy (co za fragment fenomenalnej prozy).

Nie ma już czeskiego sklepu

Po raz pierwszy od nie wiem kiedy, pewno ponad trzy lata, idziemy sami wieczorem Marszałkowską (w tej części ku placowi Konstytucji). Wiesz, że zamknęli czeski sklep mówi A. Nie wiem: przyglądamy się wariatom, kawiarniom i neonom, trzymając za ręce.

Z podróży do Rzymu

Przyszło mi na myśl pewnej nocy, że oni, ci papieże, kardynałowie, książęta, pośród kolekcji marmurów o pięknych pośladkach, sarkofagów z których uśmiecha się Fausta i Gajusz, martwych natur z owocami morza, zbierali jeszcze porcelanę, taką niemiecką jak ze sklepu po umarłych na Senatorskiej. A myśmy – tak ochoczy jeśli chodzi o pośladki, sarkofagi i owoce morza – omijali te maleństwa: sceny polowań, kąpieli i przechadzek po parku, szukając czegoś ważniejszego.

A może nic nie było ważniejszego w wiecznym mieście od lekcji o kruchej porcelanie, z którą nie da się uciec i która nie ocaleje? (A może ta myśl to najważniejsze, co zapisuję w tym tygodniu, w tym niby-dzienniku; nic ważniejszego nie mogę zapisać, bo jest zbyt kruche).

Nadejście

Zawsze nadejdzie. Choćby nie wiem jak się starać. Mesendżer brzęczy. Algorytmy podpowiadają mi, co lubię. A on niespodziewany (ale przeczuwałem, że nas odnajdzie), ten smutek z Lu.

(08-19.03.2019)

 

 

 

1 Comment

Odpowiedz na 1987 Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s