Marcin Kącki, Białystok, Czarne 2015

 

Zwlekałem z tą książką. Starałem się nawet wytłumaczyć dlaczego (tutaj), że przypisuje się miastom etykietki. Jakby o, dajmy na to, Wrocławiu nie dało się napisać podobnej książki. Może rzeczywiście Wschód (co dawniej był Środkiem) jest ambiwalentny, bardziej pierwotny, jak to się mówi – magiczny, a równocześnie bardziej brutalny?

I. Dybuk

Babcia pochodziła z Łap. I bardzo żal, że się nie da zapytać jej o to, o czym pisze Kącki. O drugą wojnę w Łapach, o groby w nasypie kolejowym (pewnej zimy Ju. pojechała do Łap, ale pomyliła strony wagonu i wypadła prosto w śnieg, na nasyp, tak sobie to przypomniałem, że to TEN sam nasyp i ten sam ruch wyskakiwania z wagonu). Kiedyś z Babcią oglądaliśmy album ze zdjęciami i przy pewnym zdjęciu zdenerwowała się bardzo: jego tu nie powinno być, on, gdy weszli Niemcy obcinał Żydom brody. Tyle mi zostało z wojny w Łapach.

Z wojny w Milanowie, zmieniam geografię, ale chodzi o Dybuka, a nie o samą książkę, pozostało mi wspomnienie jak ich prowadzili, pędzili przez wieś i wierszyk recytowany nad zasmażaną ziemniaczanką, którego pochodzenie odkryłem wiele lat po zjedzeniu ostatniej łyżki: Mamełe, tatełe, zupa ma oczy, łyżką ją, łyżką, to ona wyskoczy.

Trudno nie zgodzić się z Kąckim, że przyzwyczailiśmy się na tym Wschodzie do życia z widmem sąsiadów, którzy zniknęli i tłumionymi wyrzutami sumienia, że im w tym pomogliśmy. Może w nich należy szukać źródeł religijnej neurozy trawiącej tamtejszych mieszkańców.

II. Pomniki

Białystok może być tutaj przykładem, a nie wyjątkiem. Żeby nie szukać daleko: rondo w środku nieistniejącej dzielnicy żydowskiej w Lu. nosi imię Romana Dmowskiego. Akurat w Lu. jest tego więcej, bo pewien niewydarzony rzeźbiarz Marcewicz produkuje masowo szkaradne pomniki ku czci i pamięci walecznych Polaków. Na przykład w miejscu ulicy Szerokiej, serca żydowskiego Lu., umieszczono pomnik ku czci żołnierzy wyklętych. Pomnik pojawił się tam na długo przedtem, zanim Polskę opanowała na nich moda. O niej też pisze Kącki.

Żołnierze wyklęci stali się wzorcem osobowym promowanym przez instytucje państwa, a także przez środowiska, które do państwa, przynajmniej do jego poprzedniej wersji, miały stosunek wrogi (jak rzekoma współczesna wersja żołnierzy wyklętych bluzgająca na stadionach). Żołnierz wyklęty jawi się jako prawy wojownik, nieustający w boju, sprawiedliwy i heroiczny (piękny obrazek na ścianę!) i zupełnie nie przypomina zdemoralizowanego przez wojnę młodzieńca, który szafując politycznymi hasłami, ochoczo zabiera się za konfiskaty mienia, gwałty i drobne ludobójstwa. Bohaterowie Wielkiej Trwogi zawsze są dwuznaczni. Tymczasem od kilku lat usiłuje się narzucić narrację (zresztą czyni się to skutecznie), że Polacy są jak zwykle wyjątkiem: kryształowo czystymi rycerzami z Bogiem, honorem i ojczyzną (jak fragment pomnika, o którym mowa w książce).

III. White

„Bo jakiś Hindus dopiero co przyjechał, a już ma mieszkanie”, bo „ponoć dostał zasiłek”, „pracę dostał”. Argumenty zawsze są podobne.

Czytam o Białymstoku, ale fala podobnie brzmiącej nienawiści, którą nazywa się też zdrowym rozsądkiem, dbałością o interes narodowy, czy lękiem, rozlewa się po całej Polsce: po domach, świątecznych obiadach, sieci. Żydzi, Romowie, uchodźcy, alkoholicy, osoby nie w pełni sprawne umysłowo – chodząc po portalach łatwo zwątpić w człowieka.

Dziwnym trafem to łączy się ze sobą: cześć dla żołnierzy wyklętych, nadużywanie Boga do własnych celów i nienawiść wobec wszystkich innych (tutaj). Ale nie piszcie, że wyłącznie Białystok!

Sam miewam napady polskości, jak to zdziwienie, któregoś razu, prowadzę samochód, patrzę na ryckie chodniki, obok kina „Renesans” i nagle do A. wołam: Patrz, Murzyn w Rykach! Do dziś się ze mnie A. za to podśmiewa, a mi wstyd.

IV. Power

Podjeżdżają bmw, audi z małolatami, którym ojcowie dali kluczyki. Na tylnych siedzeniach gimnazjalistki o karminowych ustach i niebieskich powiekach jak własne matki, obok siostry, kuzynki, koleżanki, flaszka wódki między ich kolanami (s. 204).

Kąckiego czyta się świetnie, a najlepiej kiedy reportaż z tonu poważnego (jak w pierwszych trzech częściach) przechodzi w obyczajowy. Disco polo i cuda. Pomieszanie porządku politycznego i religijnego (w Lu. przez pewien czas prezydentem był Pruszon: on też budował świętość na co dzień, wygłaszał homilie zamiast przemówień, a potem był wstyd, bo na zdjęciach z delegacji pobożnych radnych w Izraelu, widać było tańce na stołach w Wielkim Poście). Dramat Polski lokalnej teraz przeniesiony na poziom krajowy.

Tak, w „Białymstoku” (czy tu powinien być cudzysłów?) odbijamy się jak w lustrze.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s