Dziennik. Z Aleksandrii

7744465_400x400

(Edward Hartwig, Stare podsienie lubelskie, 1935, źródło: polona.pl)

1.

Ważnym czynnikiem kształtującym kulturę jest zawsze duch miejsca. Tak jak konkretna winnica daje szczególne wino o niepowtarzalnych właściwościach, tak Hiszpania, Włochy czy Grecja wytwarzają kulturę określonego rodzaju – wypowiadają się przez ludzi, podobnie jak przez dzikie kwiaty (…). W rzeczy samej, istoty ludzkie są ekspresją krajobrazu, który je otacza (…). Za mało uwagi poświęca się moim zdaniem głosowi miejsca (…) jako kryterium czysto literackiemu. Tym, co czyni pewne książki „wielkimi” są często krajobrazy, nie zaś wyłącznie postacie i wydarzenia (…). Jedne i drugie wsłuchują się w głos miejsca. Przenosząc je gdzie indziej, zniszczylibyśmy zupełnie atmosferę i nastrój. (Lawrence Durell, Spirit of Place: Letters and Essays on Travel, Londyn 1969, s. 158-163)

2. 

Kawafis, o którym mowa w tomie „Literatury na świecie”, z którego pochodzi powyższy cytat, opisuje Aleksandrię, nie oddzielając miasta rzeczywistego od jego mitycznego wyobrażenia, jakby starożytność i teraźniejszość łączyły się w nim w jedno, poza czasem. Ów duch miejsca: śródziemnomorska godzina, słono-rybi zapach wilgoci, młodzieńcy z czasów Ptolemeuszy spacerujący po portowych szynkach w poszukiwaniu rozkoszy.

My zawsze będziemy pisać melancholijne listy, katastroficzne wiersze, refleksyjne zapiski na blogach, my wychowani na Wyżynie, która jest dla nas bardziej opowieścią niż rzeczywistością. Próbowałem. Próbowałem pierwszego roku przyzwyczaić się do Niziny, do miasta, które bez wahania może się rozlać w każdą stronę, miasta, które nie wznosi się i nie opada, czyli nie oddycha. Nie powiodło się. Uchodźcom z tej prawdziwej, gwarnej, śmierdzącej portem i potem Aleksandrii, kiedy przymkną oczy, nikt nie odbierze jej wyidealizowanego obrazu, jej mitu, jej ikony.

Sam nie wiem, czy dziś potrafię jeszcze opisać krajobraz Lublina. Czy usiłując, od razu nie popadam w narrację, która sprawia, że porównania z miastem, do którego od czasu do czasu wracam, są zwykle przykre? Powtarzający się widok wież na wzgórzach, nawłoć i wrotycz w zarośniętych wąwozach w kierunku Świtu, złote pola.

Kawafisem z Lublina jest Czechowicz. To on, przeczuwając nadciągającą katastrofę, zapisze nam miasto z prostokątem cmentarza, który był u krańca, a teraz jest w samym wnętrzu. To Lublin Czechowicza jest tym Lublinem, do którego chce się wracać. Drewnianymi domami Wieniawy, spokojem prowincji, słońcem i cieniem w podwórzach Starego Miasta. Kłopot w tym, że tak jak tamta Aleksandria, on dawno nie istnieje.

Przyglądałem się Lublinowi jak zanika: jak wąwozy zamieniają się w gęste osiedla, a nawłoć i wrotycz zastępuje gładka trawa. Widok na wzgórze, to z zarośniętym starym kirkutem, tym na którym spoczywa Widzący, przesłaniają stacje benzynowe i imitacje dworków z tanią kostką brukową. Nawet ten najpiękniejszy z widoków, ten od nadrzecznych łąk i wieży AVE, oszpecony został betonową maszkarą. Nie mówiąc o owym cmentarzu, nad którym czuwają teraz wieczne lampki haemu i zary. Myślę o nim zawsze, kiedy wjeżdżam do miasta czymś, co było jeszcze trzy, cztery lata temu, doliną spokojnej rzeczki, w której ponoć po wojnie, dało się łowić raki.

Po co jednak porównywać Aleksandrię dzisiaj z tamtą Aleksandrią Greków, skoro obie trwają poza czasem, dokładnie to samo miasto-mit? Zamknęły się oczy ziemi/ powiekami z mgły.

3.

Przyzwyczailiśmy się w naszej części Europy, że krajobrazy nie są czymś pewnym, a więc nie musimy o nie dbać. Przetaczające się nad Wyżynami i po Nizinach armie, miasta obracane w perzynę, wieczna tymczasowość krajobrazu przyzwyczajonego do zagłady.

Może więc, wobec niepewnej topografii, pewność dają ludzie? Lecz, przecież, wiemy z doświadczenia, przyjaźń jest funkcją czasu i miejsca. Z nagła urywają się listy, nikt nie przychodzi na umówione spotkania, zawieszają się sny, tego roku kocha się intensywniej niż w roku następnym.

Jeśli się nie oswoi tego przemijania, podobnego przemijaniu krajobrazów, nigdy nie dozna się ulgi.

4.

Przed snem spaceruję Alejami Racławickimi dwadzieścia lat temu. Raz jest jesienna mglista mżawka o poranku, innym razem słońce naświetla paprocie przy murku liceum. Dokładnie odtwarzam szczegóły, jak konserwator widoków cyzeluję detale. Kościół garnizonowy, naprzeciw plakaty filmów na parkanie ogrodu, witryna księgarni, pierogi w oknie „Karczmy Słupskiej” na rogu, równość żywopłotów, żółta budka totolotka: szczęście.

(Kawafis, „Literatura na świecie”, nr 5-6/2015)

(26.07.2015, pierwszy wpis, w którym rozwinąłem skrót Lu.)

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s