Opowieść o sztuce wyboru
Śniadania w B. je się późno. Jedna pisarka czy malarka napisała o tym w listopadzie felieton i wywołała burzę, w której padały najcięższe argumenty. Mało było o śniadaniach, a dużo o feminizmie, grafomanii i lewicowej wrażliwości. My też jemy późno, bo już południe, taka przyjemna restauracyjka na Wzgórzu Przęcławskim.
Ćwiczymy sztukę wyboru, bo przed nami stoi dziesięć past. Osiołkowi w żłoby dano dwie możliwości, a tu jest dziesięć, dziewięć symetrycznych jak szufladki w indyjskim sklepie, jedna stoi obok. Kosztujemy, ciamkamy, smakujemy, rozstrzygamy czy nuta limonki lepsza czy może tyrolska pasta z szynki albo i brie z orzechami. Widać wszystkich grafomanów B. zmusza do epatowania hedonizmem.
O sztuce wyboru będzie też wieczorem, kiedy pójdziemy na wystawę agencji „Magnum”. Na niej sposób wyboru najlepszych kadrów z klisz dokonany przez najlepszych fotografów. Coś bardzo pouczającego dla nas pstrykających miliony ujęć, różniących się grymasem ust albo mrugnięciem powieki. Wybrać jedno i skazać na zapomnienie inne. Prawdziwy dylemat ludzi w obfitych czasach. (04.01.2015)
Opowieść o zbawieniu
– Po pierwszej komunii trzeba było obejść dziewięć pierwszych piątków miesiąca. To dawało zbawienie, tak mówił ksiądz czy katechetka, nie pamiętam. Należało pójść do spowiedzi, do komunii, odmówić litanię do serca, tę z zelżywością, i tak co miesiąc, a Pan Bóg odhaczał te zaliczone piątki. U mnie to nie było obowiązkowego wpisu, ale pamiętam, że innym ksiądz w konfesjonale zapisywał w notesiku obecności, pewno na wypadek, gdyby Pan Bóg zapomniał. Gdy już się zaliczyło dziewięć pierwszych piątków, a przerwać nie można było, bo wtedy nieważne, Pan Bóg dawał zbawienie. A pani katechetka stawiała piątkę z religii na koniec. Za jednym zamachem przyjemne z pożytecznym.
– Hmm. Myśmy chyba przerwały po ósmym, bo byłyśmy na koloniach.
– Ja obszedłem dwa razy, żeby mieć pewność.
(05.01.2015, śniadanie w B.)

