Julia Hartwig, Dziennik, tom 2, Wydawnictwo Literackie 2014

Miesiąc po Krakowie i Julii Hartwig na śniadaniu w hotelu, znowu piszę o niej. Pretekstem jest tom 2 „Dziennika”, za którego lekturę dopiero teraz mogłem się zabrać.

Julia Hartwig pisze z pokorą wobec świata. Sporo jest obecnie osób, także wśród piszących, którzy takiej pokory nie posiadają. W dziewięćdziesięciu dziewięciu na sto przypadków ci niepokorni są ogarnięci którąś z manii: grafomanią lub megalomanią, często obiema naraz. Jeden na sto jest geniuszem.

Wa. realna. „Dziennik” Julii Hartwig to zapewne jedno z nielicznych pisemnych świadectw naszej współczesności, która zmierza w kierunku wirtualnym i cyfrowym. Charakterystyczna jest ta uważność zapisu, ich elegancja i dyskrecja. Dziennik łączy czas przeszły i teraźniejszy: ten sam styl zapisu, który stosuje na przykład Jarosław w latach dwudziestych czy pięćdziesiątych, tutaj służy opisowi czasu, w którym ja też jestem.

Julia Hartwig obficie wypisuje z czytanych książek. Ja z niej:

O dziennikach i listach pisarzy (jest w tym cytacie, jakaś kontynuacja przemyśleń, które od czasu rozmowy z M. na targach w Krakowie po mnie krążą): Zastępuje to, z nadwyżką, braki dobrej nowej prozy, na które od dłuższego już czasu cierpimy. Wejście tak bliskie, niemal intymne, w życie pisarzy, znane nam dotąd jedynie z rzadkich wynurzeń, wyjawianych publicznie, lub wyławianych z ich książek, zawsze było i jest kuszące (s. 145).

O Brodskim i Miłoszu, w nawiązaniu do ostatnich lektur: Miłoszowi nie podobało się w pisarstwie Brodskiego absolutyzowanie formy, ekstremalny brak umiaru, dogmatyzm poetycki i przecenianie roli poezji i języka (s. 249).

O przyjaźni (zaskakująca mnie teza w ostatnim wersie): Spodobała mu się atmosfera, jaka panowała wówczas wśród artystów i malarzy, dla których jak mi się zdaje, był to jeden z najjaśniejszych okresów życia towarzyskiego, które potem, w wolnej Polsce, straciło na intensywności, co tłumaczyć można większym zapotrzebowaniem na przyjaźnie, kiedy się jest pod opresją (s. 265).

Na tych targach to było tak. Ja nie mam śmiałości do poetów, ale patrzę, że jeszcze przy stoisku a5 siedzi Julia Hartwig i podpisuje. Więc kupiłem tomik raz, dwa (o tomiku jeszcze tutaj będzie) i podbiegłem do stolika. Ale tak nieśmiało, że nawet nie zdążyłem czegoś więcej powiedzieć. Potem patrzę a w „Dzienniku”, często ocenia spotkania autorskie i wyławia ludzi ciekawych z ogonków do podpisu. Więc mogłem i ja, ale nie potrafiłem, a może trafiłaby nawet tu na bloga, bliżej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s