Miesiąc po Krakowie i Julii Hartwig na śniadaniu w hotelu, znowu piszę o niej. Pretekstem jest tom 2 „Dziennika”, za którego lekturę dopiero teraz mogłem się zabrać.
–
Julia Hartwig pisze z pokorą wobec świata. Sporo jest obecnie osób, także wśród piszących, którzy takiej pokory nie posiadają. W dziewięćdziesięciu dziewięciu na sto przypadków ci niepokorni są ogarnięci którąś z manii: grafomanią lub megalomanią, często obiema naraz. Jeden na sto jest geniuszem.
–
Wa. realna. „Dziennik” Julii Hartwig to zapewne jedno z nielicznych pisemnych świadectw naszej współczesności, która zmierza w kierunku wirtualnym i cyfrowym. Charakterystyczna jest ta uważność zapisu, ich elegancja i dyskrecja. Dziennik łączy czas przeszły i teraźniejszy: ten sam styl zapisu, który stosuje na przykład Jarosław w latach dwudziestych czy pięćdziesiątych, tutaj służy opisowi czasu, w którym ja też jestem.
–
Julia Hartwig obficie wypisuje z czytanych książek. Ja z niej:
O dziennikach i listach pisarzy (jest w tym cytacie, jakaś kontynuacja przemyśleń, które od czasu rozmowy z M. na targach w Krakowie po mnie krążą): Zastępuje to, z nadwyżką, braki dobrej nowej prozy, na które od dłuższego już czasu cierpimy. Wejście tak bliskie, niemal intymne, w życie pisarzy, znane nam dotąd jedynie z rzadkich wynurzeń, wyjawianych publicznie, lub wyławianych z ich książek, zawsze było i jest kuszące (s. 145).
O Brodskim i Miłoszu, w nawiązaniu do ostatnich lektur: Miłoszowi nie podobało się w pisarstwie Brodskiego absolutyzowanie formy, ekstremalny brak umiaru, dogmatyzm poetycki i przecenianie roli poezji i języka (s. 249).
O przyjaźni (zaskakująca mnie teza w ostatnim wersie): Spodobała mu się atmosfera, jaka panowała wówczas wśród artystów i malarzy, dla których jak mi się zdaje, był to jeden z najjaśniejszych okresów życia towarzyskiego, które potem, w wolnej Polsce, straciło na intensywności, co tłumaczyć można większym zapotrzebowaniem na przyjaźnie, kiedy się jest pod opresją (s. 265).
–
Na tych targach to było tak. Ja nie mam śmiałości do poetów, ale patrzę, że jeszcze przy stoisku a5 siedzi Julia Hartwig i podpisuje. Więc kupiłem tomik raz, dwa (o tomiku jeszcze tutaj będzie) i podbiegłem do stolika. Ale tak nieśmiało, że nawet nie zdążyłem czegoś więcej powiedzieć. Potem patrzę a w „Dzienniku”, często ocenia spotkania autorskie i wyławia ludzi ciekawych z ogonków do podpisu. Więc mogłem i ja, ale nie potrafiłem, a może trafiłaby nawet tu na bloga, bliżej.
