Dziennik z podróży na Maltę (w wersji skróconej)

(Wstęp)

Właściwie czemu nagle porzucić pisanie, odpływając z Wyspy? Czy dlatego, że odróżniam podróż od wycieczki, Wyspę od wysepki?

(Relaks)

Na promie puszczają muzykę na polepszenie nastroju. Przez to, nagle uświadamiam sobie, że Whitney Houston nie żyje.

(Mur)

Żyjemy w twierdzy, bronią jej grube mury, nie przepuszczają ani kotów, ani armii Sulejmana. Wyspa jest twierdzą, miasto jest twierdzą, nawet twierdzą jest hotel.

(Opis krajobrazu)

Malta to rozciągnięte na kilometry kwadratowe, niekończące się, biało-żółte peryferia. Płaskość krajobrazu uwypuklają barokowe kopuły.

(Oczy)

Z kolorowych łodzi miały patrzeć oczy Horusa, które na Maltę przywieźli, razem z pieniędzmi, Fenicjanie (kolorowe łodzie są z kolorowych folderów a Fenicjanie to ci z Mozii). Oczu było niewiele, długo szukałem, żeby zrobić z nich magnes na lodówkę (za jedyne trzy pięćdziesiąt)

(Postęp)

Wystawa w Narodowym Muzeum Archeologicznym. Początek: 35 milionów lat temu wyspa wynurza się z pramórz, rok 2004: wstępuje do Unii Europejskiej. Kierunek postępu w dziejach.

(Pośladki)

Wenus z Malty jest z jakiegoś -litu i ma ogromne uda oraz potężne pośladki. A. zauważa, że staje się ona na nowo tamtejszym ideałem piękna. Można sprawdzić w statystykach otyłości.

(Balet)

Słychać pompatyczną muzykę. – Free of charge – zachęca pani. Na pełnej scenie tancerki w bieli, wznoszą ręce. – Pewnie do Unii – mówię sarkastycznie do A., ale kiedy rzeczywiście pojawia się melodia dziewiątej, jestem poruszony. Tu, na tym krańcu Europy, słuchając niemieckiej ody, w niby-greckim amfiteatrze, bum, objawia mi się idea Unii Europejskiej. Nie chodzi o projekty albo przepisy, ale o to, że jesteśmy – wciąż jeszcze – dziećmi Beethovena i Sofoklesa. Tak wdarł się patos.

(Święci)

W produkcji dewocjonaliów, Malta musi być – łeb w łeb z Chińczykami – potęgą. Przyglądam się witrynie czwartego z kolei warsztatu Matek Boskich i świętych Pawłów na tej samej ulicy.

(Wysokość)

Pewien jezuita twierdził, że megalityczne świątynie wznosili giganci, praojcowie Maltańczyków. Wiemy, że to bujda, więc gdy do autobusu nr 42 wsiadł gigant, trzymając się od góry górnych poręczy, robi nam się go szkoda. Nie, że praojciec, ale że wszyscy wciąż na niego patrzą i na jego ręce. Wysiadł przy hali koszykarskiej, a my potem obejrzeliśmy te megality.

(Wskazówka)

Jeśli wracać na Maltę, to – zapamiętajcie – do baru Mellows naprzeciw przystanku i kościoła z niebarokową kopułą. Usiądźcie przy stoliku, patrzcie na ulicę, uśmiechajcie się do kelnerek, (dopowiada A.) zamówcie banoffee.

(Aklimatyzacja)

Pierwsze spotkanie z Polakami na lotnisku: Te Maltańce to… – mówi gość, co wepchnął się przed nas do kolejki.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s