
Elliott Erwitt. Retrospektywa, Dom Spotkań z Historią, Warszawa
Znajome kadry Erwitta siedzą tak głęboko w moim umyśle, że oglądając je, nie czuję nic nadzwyczajnego (po prostu są, podobnie jak moje własne kadry, zresztą często wyuczone od E. E.)
Co innego – odkrycia nowych ujęć. Arnold prężący mięśnie wobec zachwyconego tłumu, letniczka w labiryncie kolorowych domków kempingowych, irlandzkie dzieci powtarzające pacierz (potem sprawdzę, że wszystkie mam w albumie).
Po E. E. poczułem, że chcę czegoś więcej, był moim first certificate w uczeniu się patrzeć.
*
Układ wyżowy
ciepło. schodami od metra na przystanek wolski wchodziła szczelnie okutana kobieta. w przezroczystej torbie kołysał się niedojrzały ananas, widać było, że jeszcze zielony.
na palcach zapisuje wzory. poranne słońce ma w falistych włosach.
w kolejce u braci. duszno, mówi siwowłosa bez zmarszczek przed nami. o pogodzie i suszy (dziwne na hali rozmawiać bez irytacji), jeździ od lat siedemdziesiątych na żwirówkę: woda obniża się z roku na rok. nagle przy kwaszeniakach wzdycha: ale to życie krótkie.
*

Aleksander Minorski. Fotografia to interwencja, Muzeum Warszawy, Warszawa
W Paryżu północy Ordonka tańczyła z Lodą Halamą a potem wsiadały w luxtorpedę i odjeżdżały do Zakopanego. O sielankowy obraz dbano bardzo, skoro prawie cały liczący kilkadziesiąt tysięcy egzemplarzy nakład „Doli i niedoli naszych dzieci” (1938) skonfiskowano i wysłano na przemiał.
Wśród jego współautorów był Aleksander Minorski, który nie uległ – w przeciwieństwie do nas – radosnej propagandzie tamtej władzy i płacił za to Berezą. Minorski prowadził ankietę fotograficzną i było to zadane bardzo podobne do tego, które stawiała sobie wówczas FSA. Owszem nie był Minorski Dorotheą Lange, ale z całą pewnością był wyczulony na biedę i krzywdę (a parę jego kadrów zasługuje na większą sławę).
On: Przytułek dla dzieci z kiłą wrodzoną. My: Adolf Dymsza, Eugeniusz Bodo.
Dzięki jego zdjęciom na własne oczy widzimy to, o czym tylko słyszeliśmy: nazwy znajome: Ostroroga, Sybilli, Wolska, Górczewska. Warszawa nie do pochwalenia się w przemowie o honorze.
(Pytanie, które nie daje spokoju. Jak wielu z bohaterów zdjęć Minorskiego stało się anonimowymi ofiarami Rzezi Woli?)
Po wielu latach po wojnie, Minorski-komunista wraca do Warszawy. Aparat kieruje na żłobki, przedszkola, obozy harcerskie, kolonie. To wszystko, co we wspaniałej Drugiej Rzeczypospolitej było mrzonką, w tym – okupowanym przez Sowietów – Peerelu dało się zrealizować.
Ostatnie kadry prowadzą nas po sąsiedzku, na slumsowisko zwane Wrzącą Górką. Nad gołębnikami wznoszą się już nowe bloki. Ludzie będą narzekać, że w zsypach rozpleniły się karaluchy.
(Muzeum Warszawy przygotowało wspaniałe modele dotykowe fotografii. Z drugiej strony wygenerowany przez sztuczną inteligencję film wydaje się nieco niestosownym trikiem).
