dziennik podróżny 8/26

Paryż, Porte des Lilas, maj 2026 r.

Dziennik paryski (3)

Z każdym dniem od powrotu internet podsuwa mi coraz to nowe możliwości tego, czego w Paryżu nie zobaczyłem. Powstaje mi z tego jakby drugi dziennik: kronika ominięć.

W szesnastej świeciło słońce. Pogoda widać także zależała od poziomu dochodów.

Dziecko szaleńczo pstryka Moneta. Jakiś ojciec podchodzi i gratuluje, już drugi raz spotyka je na wystawie impresjonistów.

Z każdą przeprowadzką Segantini, ów malarz scen jak z „Heidi”, urodzony na 91 metrach n.p.m., wznosił się wyżej. Jak łatwo wyliczyć bezwględna wysokość jego życia wyniosła 2640 m, średnia – ponad 64 m rocznie.

Na ślepej uliczce portugalskiego poety z widokiem na Wieżę, malajskie kobiety w mini tańczą na latarni, Rosjanki obłapiają balustradę a niesympatyczny Japończyk psuje wszystkim kadry. Dlatego aparat kieruję w przeciwną stronę, w perspektywę kamienic.

Sobie siedzą na kolanach: ta w kolorowej koszulce z potężnym kasztanowym afro u tej w wąskiej małej czarnej wyciętej w karo.

Mężczyzna przede mną wyciągnął z kieszeni staromodny aparat, jeden z pierwszych nieograniczonych liczbą 24 albo 36, i pełnym gracji ruchem sfotografował Matisse’a.

W uszach miała gwiazdy a włosy układały jej się jak na freskach z Knossos.

Ja, Hilma af Klint, kobieta jak na swoje czasy w wieku mocno średnim, sypiająca słabo, niezbyt towarzyska, otrzymałam świętą misję, aby namalować cykl ludzkiego życia w dziesięciu obrazach, ale rajsko pięknych. A ty, który wpatrujesz się w otchłań, przyjrzyj się im i dostrzeż blask.

Oko Lee Miller było okiem surrealistycznym, wysuwanym i odpornym na skaleczenia. Dawało mu to specjalną współ-czułość oraz rodzaj odwagi, która prowadziła je do szpitali oraz miejsc kaźni.

Paryż, maj 2026 r.

W tej dzielnicy umundurowani pozostają na usługach domów mody. Ci z pagonami Diora nie salutują tym, co na patkach noszą LV.

Okno – tak uważałem – powinno wychodzić na park, tymczasem ruchliwa aleja Hausmannowskiej Dzielnicy Mieszkaniowej prowadziła od kościoła św. Augustyna do dworca św. Łazarza. Tu mieszkał Marcel Proust – było napisane na tablicy obok witryny banku.

Oprócz jedenastki na Porte des Lilas zatrzymywała się trzy bis, linia głęboka i tajemnicza, której tunel – jak doczytał w wikipedii – omijał kraniec i prowadził do stacji widmo a następnie docierał do tunelu siedem bis. Trzy bis brzmiało jak nuta z krzyżykiem. Poza nimi na stacji wysiadły dwie osoby.

Była ogromną bryłą, jeśli Wenus to z Willendorfu, nie z Milo. Nie przesadzam: przy nagłym hamowaniu metra mogłaby zabić ciałem. Zasadnicza, ciemnoskóra, w mundurze Hi.lerjugend.

Piszą do mnie różni tacy, pragną orderów i nagród, przedstawiają wiekopomne wynalazki. Ostatnio na przykład wicekról Mazowsza oferował rękę księżniczki Władysławy Amalii. Celnik Rousseau też żądał uznania – pisał do ministerstwa i głównej dyrekcji (proponując sprzedaż obrazów), tudzież do merów (freski do sal w ratuszu) – wierzył, że nadejdzie. Gdzieś ktoś za potężnym biurkiem, zanurzywszy pióro w kałamarzu, odpisywał piękną kaligrafią, że malheueresement nie.

Warto – powiedziała w Oranżerii, kiedy się wahałem nad trzema kilogramami Hilmy af Klint. W swoich wielkich okularach i czerwonym surducie mogłaby być ikoną stylu, na pewno artystką. Mąż nieco wycofany łapał oddech. – Jesteśmy ze Stambułu – wyglądali tak, że aż zatęskniłem za tym miastem.

A jeśli to, co piszę, jest tak ulotne i niewarte zapamiętania jak rozmowa w autobusie na lotnisko, błądzącym po przedmieściach, dwóch kobiet, które wysiadły na ulicy Lenina?

Dodaj komentarz