
Północ, północny zachód (3)
Rano. W siąpiącym deszczu pod katedrą konfirmanci i konfirmantki wysiadają z aut. Chciałbym obejrzeć wnętrze, ale strzeże go surowy pastor, więc tylko w oddali widzę jak Chrystus rozdziela dobrych i złych na dwie nawy.
Hirschsprungowie. Właściwie tylko najmłodsza, która szydełkuje, zwraca uwagę na obecność malarza. Pozostałym pozy narzucają powagę. Nawet nieco starsi bracia, zamiast zawadiackiego uśmiechu, wzrok mają dorosły. Ojciec przegląda szkice. Gdzieś w tle światło, które ma oznaczać ich jasną przyszłość.
Café Magnolia. W muzealnej kawiarni dzieciom podają zestaw do samodzielnego złożenia hot-dogów na platerowej tacy jakby to była haute cuisine.
Przemiana. Jedyny motyl, którego można potrzymać jest wielki, błyszczący i martwy. Wolontariusz, opiekun kokonów, podaje go kolejno. Dziecku zajmuje całą dłoń. Ale w tej tropikalnej szklarni to motyl wybiera i kiedy mamy wychodzić, jeden przezroczysty siada mi na skórze. Nie mogę go odgonić, więc w parę minut zamieniam się w egzotyczne pnącze.
Pochwała krajobrazu. Kopenhaga okazuje się miastem idealnym. Wygląda jakby całe pokolenia architektów, urbanistów i urzędników pracowały na to, aby wszystko pasowało do siebie. My z miast chaosu nie potrafimy zrozumieć panujących tu zasad, układów, warstw, harmonii budynków. Nie, żeby tu żyć. Nasza dusza jest przecież bliższa rozedrganemu Południu, tutaj tylko – w deszczu – uprawiamy zen.
Adres numer trzy, Gustav Adolfs Gade 5. To była kulminacja kariery przedwojennego Jarosława, nigdy wcześniej ani później nie było już tak jak wtedy. Hania nie chciała przyjechać i osiąść (niedługo zachoruje, będzie musiał wracać z Brukseli, nie wiadomo, czy tylko z tego powodu). Miał kucharza, przyjęcia dyplomatyczne, słońce w kuchni.
W portowych zaułkach nieopodal podrywał marynarzy. Spełnienie było na wyciągnięcie ręki. Sam Dionizos udzielał mu łaski.
(Deszcz moczy cegły eleganckich kamienic Dzielnicy Wschodniej. Czasem trzeba się poświęcić – wzdycha A.)
Powrót. Rodzina w błękitnych przeciwdeszczowych płaszczach schodzi do metra. Pociąg wyjeżdża na zachmurzoną równinę linią pomiędzy żywopłotami. Gdzieś na horyzoncie rysuje się morze. W hali przylotów oczekujący trzymają czerwone chorągiewki z białym krzyżem.
