
Popowrotny
Łapie mnie przed dziewiętnastą jasność na Egzaltowanym. Nagle zaczynam tęsknić do ciemności.
Już dwudziesty pierwszy kwietnia – mówi siadając do stołu. Zapisuję te słowa dwudziestego czwartego. Tymczasem J. mówi: jestem ciągle w marcu.
Wzejście migdałków, odejście forsycji. Nabrzmiałe bzy. Szparagi wciąż drogie.
Rankiem na hali, sprzedawczyni wszelakich mięs, ta obok Greka, bawi się w kata. Ciężki topór z rozmachem spada na połeć schabu miast na szyję skazańca.
Z biedry na Woli wychodzi kobieta z rozwianym włosem i torbami zakupów. Wystawia twarz do słońca i już, już ma powiedzieć jaki piękny dzionek, ale tylko donośnie mówi ch.j.
