księgarnia 29/26

Warszawa, podwórko przy ulicy Broniewskiego 30, ok.1980, ze zbiorów Marcina Ivo Bagrianowa

Małgorzata Szejnert, Chwila przed podróżą. Reportaże z PRL, Znak 2026

Poniewczasie orientuję się, że część tych reportaży już znam. Czytałem je w tomie „My, właściciele Teksasu„, wydanym trzynaście lat temu. Po raz kolejny lektura na nowo, choć ze swoimi uwagami z przeszłości wciąż się zgadzam.

U Małgorzaty Szejnert fantastyczne są portrety, bez względu na to, czy pisze o właścicielu szklarni, wiejskim kronikarzu (zresztą kroniki Pomygaczy autorstwa Michała Więcko zostały w międzyczasie wydane przez „Paśnego buriata”), czy Simonie Kossak (Dziewczynie z reportażu o życiu białowieskich naukowców). Do wielkiej historii reporterka dodaje zwyczajny, ludzki wymiar, w ten sposób książka staje się naprawdę podróżą w PRL.

Jednak najbardziej porusza (i poruszał, chociaż nieco inaczej, przy pierwszym czytaniu) reportaż „Jeśli się odnajdziemy, to cudownie”. Zostawszy tatą, opowiedzianą historię oceniam surowiej.

Wczasy, podczas których potencjalni rodzice zastępczy spotykają dzieci z domów dziecka, prowadzone są pod szczytnym hasłem DZIECKO WYBIERA. Idea jest piękna, firmowana zresztą przez profesor Łopatkową, w skostniałym systemie peerelowskiej opieki nad dzieckiem – wydaje się świeżym rozwiązaniem. Tymczasem dzień po dniu Szejnert demaskuje grę prowadzoną rodzicami i dziećmi.

Z każdym dniem wczasy zaczynają przypominać eksperyment Zimbardo albo Milgrama. Nikt nie stawia pytania o to, czy działania organizatorów są etyczne, jaki wpływ dokonane wybory będą miały na dzieci. W kilku chwilach szczerości, wyłapanych przez reporterkę, wychowawcy okazują się wyrachowanymi rozgrywającymi, którym adrenaliny dodaje sam proces. Przyzwalają sobie i na manipulację, i na naginanie zasad.

Potencjalni rodzice w wielu momentach podchodzą do dzieci jak kupcy na targu niewolników. – Nie chcę rudej – mówi jedna z kobiet. Kasia kukurydziana na diecie bezglutenowej traci szanse na wejściu. Taki sposób traktowania dzieci nie wzbudza protestów opiekunów – więcej: podkręcają atmosferę, ujawniając dane zdrowotne i społeczne dzieci. Już warunki wstępne gry okazują się nieuczciwe – dopuszcza się dorosłych, niemogących zapewnić odpowiedniego domu lub wzbudzających wątpliwości, czy – z powodu wieku – podołają rodzicielstwu.

Wreszcie dzieci. W teorii cały proces ma je upodmiotowić (DZIECKO WYBIERA). W praktyce stają się sumą strzałek rozpisywanych przez wczasowego psychologa. Nikogo nie obchodzą ich uczucia, lęki, więzi. W czasie wczasów – od nieufności przechodzą do euforii, a potem do zupełnego rozczarowania – fundowana im huśtawka emocjonalna pozostaje poza czyjąkolwiek kontrolą. Tylko te, co bardziej świadome, zdołają przejrzeć swój udział w grze, zrozumieć, że zaliczono ich do wygranych albo do przegranych.

Cały reportaż to okrutna przypowieść o dzieciństwie. Jeśli za konceptem wczasów stało najbardziej prodziecięce środowisko w ówczesnym społeczeństwie, jak niewyobrażalnie odmienna od dzisiejszej była świadomość (a raczej nieświadomość) podmiotowości dziecka.

Tak naprawdę „Jeśli się odnajdziemy, to cudownie” to reportaż, któremu brakuje ciągu dalszego. Kto wyrósł z tamtych dzieci, ilu się udało, ilu skrzywdziły opisywane wczasy.

Dodaj komentarz