
Północ, północny zachód (2)
Rano. W najpiękniejszym ogrodzie biblioteki (omijasz zaułki i bramy) pierwsi turyści zaczynają obchód okrągłego stawu. Dwa jamniki biegają po trawniku. Coś szeleści w krzewach za pomnikiem Kierkegaarda.
Rano, ciąg dalszy. Przed zachmurzonym pałacem, w którym i król, i rząd, i parlament, i sąd, pasą się dwa konie w derkach. Kiedy się zbliżamy podchodzą do elektrycznych płotów i przyglądają się z ostrożnością.
Baba, ryba. Naprzeciw zamku tęga przekupa z flądrą. Mży, rankiem przypłynęły kutry (głos w głowie szumi, pierwszy program: podaję prognozę dla akwenu…). Spod grubego dłuta: wydelikacone Ewy uciekłyby w taki chłód a ona stoi. Z bałtycką płastugą w koronce z drobnych, cienkich ości.
Rano, nadal. Pierwsi, co idą. Sprzedawca pamiątek otworzył swój supermarket chińskich syrenek. Sprzedawca hot dogów jeszcze nie wstał. Słońce wpada do koszy na śmieci. Zaraz wydzwonią wszystkie wieże dziesiątą.
Baśń o porcelanie. Nieprzystępna kobieta małym kluczykiem otwiera gablotki, które zamieszkują biało-niebieskie porcelanowe dzieci. Tu dziewczynka bawi się z kotkiem, tu rodzeństwo zbiera kwiaty, tu w balowej sukience. Nietrwałość dzieciństwa jak nietrwałość porcelany. (Obiecuję sobie, że kiedyś wrócę do tego antykwariatu na Todboldgade i wykupię którąś Calineczkę).
Z Państwowego Muzeum Sztuki
Starzy Mistrzowie rozumieją więcej: Tajemnicze uśmiechy rodziny Souchay. Melancholia, syzyfowa zabawa chłopiąt Cranacha. Mąż i żona jak z Modiglianiego pod wiekiem barokowej skrzyni. Twarz dziewczyny w oranżu ze spotkania Joachima z Anną. Nad wyraz poważna mała Laura Chigi. Psie pyski. Jezus Cranacha oblepiony przez dzieci. Piknik pod szubienicą Jana Brueghla. Matka Boska próbująca ocalić ludzkość swoim mlekiem (jakiś mściwy Bóg wysłał już anioły z mieczem). Panny głupie, które grały w karty nad talerzem ostryg. Oszukańcze obrazy Gijsbrechtsa. Burmistrz Damasz z żoną w powadze urzędu. Zmartwychwstały Mantegni wcale nie radosny.
Początkowo sztuka duńska nie wyróżnia się na tle podobnego malarstwa użytkowego końca Oświecenia. Obrazy są po prostu nudne i omijasz je w muzeum szybkim krokiem. Ale nagle w Duńczyków wstępuje dziwny malarski geniusz. Zupełnie nowe północne światło rozjaśnia płótna. Zaczyna się od Købke i Eckersberga. W portrety wstępuje różowawe życie. W międzyczasie w Kopenhadze studiuje CDF (w sali marynistycznej wzrok od razu czepia się jego sztormu). Potem są już kolejni. „Eksmitowani” Henningsena doprowadzają do rzadkich wzruszeń. Szkoła ze Skagen (Ancherowie), Peder Severin Krøyer, Ejnar Nielsen, portrecista rozpaczy, Peter Hansen od dzieci, Hammershøi ze Strandgade 30, ekspresjoniści.
Axel Poulsen „Pierwsza miłość” (wycięta scena z filmu coming of age): zakochani ukrywają się w kącie korytarza. Ich marmurowe ciała całe są z pragnienia. Wszystko jeszcze świeże i niedopowiedziane. – Obiecujesz? – przerywa ciszę ona. – Obiecuję, na zawsze – odpowiada on nim ją pocałuje (włącza się slow motion jak w marzeniu sennym). Po dwudziestu latach nic nie pamiętają.
Wycieczka do kościoła Grundtviga
Matka dmuchała głowę jednorożca. Autobus na peryferia cały zatłoczony. Koniec końców wcześniej wysiedli wszyscy niekościelni. Kościelni chwycili aparaty.
Sylweta wielka jak grzech pierworodny. Tłum wezbrał. Małe drzwi otwarto. Wsypywali się więc do wnętrza łaknąc perspektywy –
– o nic innego nie chodzi: tylko o zbawienie.
Baśń o Szarej Myszy. Pod ratuszem pada mocniej. Kolejki po hot dogi do ulicznych budek. Jakaś pani nachyla się do okienka i sprzedawczyni, Szarej Myszy, proponuje kawę. Cebula surowa, cebula prażona. Nie, dziękuję – uśmiecha się Pani Szara Mysz i dodaje krojone korniszony.

Adres numer dwa, Strandgade 30. Żadnej tablicy, zwykła kamienica w Christhavn. Zresztą domy żyją tu dłużej niż w miastach wydawanych na łup wojsk i deweloperów. Gdzieś na piętrze musi być mieszkanie Hammershøia o wpadających w fiolet ścianach, którego rozkład znamy na pamięć: stół, białe futryny, chińska waza, krzesła (jedno z nich odnajdzie się jutro w innym muzeum), sofa (jak wyżej), okno na Strandgade. Pod którym stoimy i gapimy się w niebo.
Wycieczka do kościoła Zbawiciela
Do złotej kuli prowadzi ślimak jak z wieży Babel Brueghla. Włosi wstępują powoli, przekrzykując się ze szczytu: z Włochami nie należy zwiedzać Północy.
Schodzimy szybko, bo gdy uderzą dzwony zostaniemy głusi, a już szósta wieczór zbliża się chybcikiem.
Lecz pamiętaj – o nic innego nie chodzi naprawdę: tylko o zbawienie.
