
Północ, północny zachód (1)
Nie do końca podróżny. Pierwszym tramwajem, inne ptaki, wilgoć chodników, jeszcze ciemno, tylko nadciąga brzask znad Wisły.
Przedmowa. Miejscowy waryjat w lotniskowym samobieżnym metrze okazał się akrobatą.
Rano. Miasto rozpoznajesz po wieżach i melodiach dzwonów. Na kawę schodzi się po stromych schodach. Światło, mimo że w piwnicy, jest tu północne.
Baśń o królu. Naprawdę wszystkim rządzi pan policjant, tym całym skomplikowanym ruchem ołowianych żołnierzyków w futrzanych czapach. Szpalerami turystów też: za karę pan policjant wpycha do drugiego rzędu, skąd widać mniej. Król jest w domu – bocznym wejściem wchodzą królewscy kucharze w białych kitlach – czy zza firanki spogląda na ośmiokątny dziedziniec, bawiąc się rozgrywkami turystów i gwardii? Pan policjant pokazuje, dokąd należy przejść następnie. A może to on jest przebranym królem?
Od wewnątrz. Na środku posadzki marmurowego kościoła siedzi Dziecko. Wygląda, że stało się żarliwym prostestanem. A tylko ustawia aparat, aby objąć całą imponującą kopułę.
Adres numer jeden, Bredgade 70. W pewnym wieku, on po prostu pasuje. Choroba na śmierć. Bojaźń i drżenie. Nieważne, czy przeczytałeś do końca, czy znużyło cię szybko. Zupełnie bez sensu, że smutny – stwierdza Dziecko. Myślałem kiedyś dużo o nim i o Reginie Olsen. Wisiał nade mną grzech z katechizmów, a ja byłem głupi i wierzyłem w katechizmy. Jak Søren.
Nabrzeże. Syrenkę obstępują fotografowie – ów słynny widok, ciągle nowi – na śliskich kamieniach drżą im stopy. Regina z domu Olsen odpływa z mężem do Indii Zachodnich. Tramwaj w kierunku środmieścia okazuje się niezatłoczony, w przeciwieństwie do tego płynącego do portu. Dzwony znowu, i wieże.
Z Nowej Glyptoteki
Glyptoteka otwiera się blisko trzydzieści lat po śmierci Kierkegaarda, niemniej wyrasta z tego samego ducha. Ta sama melancholia oplata ten przepiękny skład sarkofagów, nagrobnych popiersi, wizerunków dawno umarłych.
Cztery gatunki rybek w basenie oranżerii, który obsiadły wycieczki wycieńczone podróżami w zaświaty.
Etruskowie lubowali się w bankietach (opowiadają podpisy). Całe życie to bankiet, po śmierci również – pod czerwonymi malowidłami grobowców pieczołowicie wyjętych z Toskanii. Etruskowie to przeżycie – zapisuje D. H. Lawrence. Sale Etrusków puste.
Po Palmyrze zostały portrety o wielkich oczach, z krótkimi inskrypcjami o ich właścicielach. Wpatrują się w nas, którzy przechodzimy, a widzieliśmy w wiadomościach drugą śmierć Palmyry.
Pozłacany sarkofag – powiedzmy szczerze: dosyć kiczowaty – Aurelii Cyrylii wystawił zrozpaczony ojciec (dzieli nas od niego tysiąc siedemset lat). Motywy płaskorzeźby mają być symbolami błogosławieństwa oczekującego w zaświatach na Aurelkę. Sarkofag jest pusty.
Zestawy zaświatowego lego – takie myśli w Danii – dla starożytnych Egipcjan przedstawiałyby kolejno: łódź z wioślarzami; żniwa, młóckę i żarna; warsztat rzemieślnika. Figura urzędnika dodatkowo w serii kreator.
Obok muzeum, po drugiej stronie ulicy, mieści się park Tivoli, z którego licznych rozrywek dobiegają piski i krzyki.
Café Kopenhag. Nasz hotel nie wymaga kontaktów międzyludzkich, chociaż udostępnia poradnik jak kogoś poznać. Mieszkamy w specjalnych kokonach jak poczwarki, wieczorem, zmęczeni po dniu, wypełzamy do baru nieopodal, gdzie podają pizzę i darmową wodę, a pani Azjatka uśmiecha się wzorowo.
