księgarnia 64/23

Mózg człowieka, reprodukcja z encyklopedii Brockhausa, I poł. XX w., źródło: juniqe.ch

Kalina Błażejowska, Bezduszni. Zapomniana zagłada chorych, Czarne 2023

W celach naukowych, no dobrze, nauka musi korzystać z ludzi, żeby był postęp – wzdycha jeden z nielicznych ocalonych (s. 291). Ten cytat znajduje się w jednym z ostatnich rozdziałów reportażu i natrętnie wraca po jego przeczytaniu.
W przeciwieństwie do Zagłady, do zbrodni wobec Polaków, Romów, jeńców radzieckich, osób homoseksualnych, socjalistów, te dokonywane wobec pacjentów szpitali psychiatrycznych i domów pomocy społecznej przyjmowano z pewnym zrozumieniem. To, że dokonali ich Niemcy mogło być tylko historycznym przypadkiem, rozwój nauki wskazywał, że ktoś w końcu wpadnie na taki sam pomysł. Chodzi za mną myśl, że to właściwie nie nazizm stał za uśmiercaniem osób z niepełnosprawnościami, ale nasz scjentyzm, nasze naukowe spojrzenie na ludzkość. Dlatego z łatwością wzięli w nim udział zarówno zagorzali oficerowie SS, jak i zadeklarowani antynaziści czy rozmodleni katolicy (podkreślam sobie ów fragment ze strony 168, który opowiada o cudownym uzdrowieniu syna doktora Bucholika: Opatrzność okazuje się po raz kolejny na tyle wybiórcza, że modlisz się o przypadek).

Zresztą szpital psychiatryczny i miejsce kaźni są sobie zaskakująco bliskie. Coś, co nasza wrażliwość nazwałaby torturami okazuje się procedurą medyczną, stosowaną jeszcze długo po wojnie:

Stosowane są nowoczesne terapie, takie jak zakażenie malarią, śpiączki insulinowe i wstrząsy chemiczne z użyciem strychniny, arszeniku, kamfory lub kardiazolu (s. 35).

Jednak pneumoencefalografię (PEG) stosowano na świecie aż do końca lat siedemdziesiątych (…). Również w Polsce wykorzystywano w PEG do badań klinicznych, np. w latach 1971-1974 zespół doktora Jerzego Szafranka poddał tej procedurze setkę nastolatków w szpitalu psychiatrycznym w Krychnowicach (s. 145, przypis).

Z powojennych akt wynika, że tak naprawdę zagłada pacjentów klinik i przytułków stawała się w powojennej pamięci istotna, o tyle, o ile z jej doświadczeń czerpano w „prawdziwej” Zagładzie. Praca Kaliny Błażejowskiej jest żmudna i benedyktyńska, bo polega na wygrzebywaniu życiorysów ofiar i sprawców z niepamięci.

A jednak szpital psychiatryczny w Lublińcu pojawia się w wydanych ostatnio książkach już po raz drugi. O powojennej roli szpitala opowiada Jakub Gałęziowski w swej monografii o dzieciach urodzonych z powodu wojny (w której, wspominany przez Błażejowską jednoznacznie pozytywnie, Roman Hrabar jest bohaterem ze skazą). To tam trafiają polskie dzieci odebrane z niemieckich rodzin. Pojawia się u Gałęziowskiego dramatyczne pytanie, czy pobyt w Lublińcu nie był ostatnim etapem ich życia. Po raz kolejny zakład-szpital staje się nie miejscem terapii, ale eliminacji obcości ze społeczeństwa.

Dodaj komentarz