
Po półtora roku wojna nie tylko jest nieświeża. Jest irytująca, bo trwa. Zmusza do bezustannej czujności, mimo przyzwyczajenia, że jest. To, co było między ludźmi, bulgocze i znienacka wybucha. Ile można żyć w trybie wojny?
Tak jest z miłością do Ukrainy. Niby była bezwarunkowa, ale po miesiącach okazuje się, że jednak nie do końca. Pisałem w maju 2022 roku o paternalizmie, oczekiwaniu wdzięczności i – na szczęście nietrafnie – o okrzykach pogromowych: Największym dowodem wdzięczności byłoby gdyby Ukraińcy stali się Polakami.
Nie stali się Polakami, nie są odpowiednio wdzięczni, nie uznają w nas jedynego liczącego się mocarstwa, ba, dogadują się bez nas. To musi zacząć się wylewać. I oto funkcjonariusz od fantazji lotniczych zapisuje na portalu x:
Bezprecedensowa pomoc Polski dla Ukrainy nie była wynikiem jakiegoś romantycznego porywu, tylko racjonalnie kalkulowanego [podkr. – Dz.U.] polskiego interesu.

Niby się przeczuwało, ale zaraz podobne przemyślenia zsyłało się do worka teorii spiskowych.
Tymczasem kompletny brak przygotowania do pomocy uchodźcom, oparcie jej na dobrej woli (oglądałem to na dworcu zachodnim własnymi oczyma), wspieranie do ostatniej chwili politycznych sojuszników Kremla, już po informacji o możliwej wojnie, wywiad rosyjskiego ambasadora opublikowany w partyjnej gadzinówce, w dniu, w którym według planów Kijów miał być wzięty. Małe fragmenty układanki mówiące o tym, że wybór tej, a nie innej opcji był bardziej wynikiem społecznej reakcji i decyzji sojuszników. Żaden odruch, czysta kalkulacja. Droga węgierska była równie prawdopodobna.
Romantyczny poryw wcale nie był romantyczny. Owszem był pospolitym ruszeniem, do którego władza przyłączyła się dużo później, licząc, słusznie, na spijanie śmietanki. Był społeczną samoorganizacją, pozytywistyczną pracą u podstaw, zamiast państwa, które kompletnie zawiodło (bo zajmowało się kunktatorsko oceną tego, co może dać większy kapitał polityczny). Żebyśmy się nie musieli znowu wstydzić. I wcale nie dziwi, że jako jedni z pierwszych do tej pomocy stanęli ci, którzy ratowali już ludzi wcześniej, na granicy północno-wschodniej, a których z tego powodu okrzyknięto wrogami państwa. Już wcześniej ratowali wiarę w Polskę.
Teraz też ta nagła zmiana nie jest gwałtownym odruchem, ale przemyślaną strategią prawicowego umysłu, który nigdy nie może wyrzec się własnych żalów, roszczeń i snów o wielkości (przypomnijcie sobie tylko wielką debatę o ukraińskich przyimkach!)
