księgarnia 24/23

Bruno Barbey, Sopot, 1981 r.

Tomasz Słomczyński, Sopoty, Czarne 2023:

Sopot to było dlań mgnienie, chwilka, ale i rozterki duszy… Zresztą nie wnikałem w to. On po swojemu „cierpiał”, ja chciałem się wyszumieć. Jedno jest pewne, tak Sopot, jak i wszystko odczuwał w dwójnasób. Ta jego nadwrażliwość mnie chwilami przerażała. Nie był wierzący, do córki napisał kiedyś: „Po tamtej stronie niczego nie ma…”, ale duchowość jego była tak silna, że musiał dać jej upust w inny sposób. Stąd te melancholie… To zażywanie tabletek uspokajających, o czym zresztą wtedy nie wiedziałem. Ale mimo wszystko Jarosław potrafił żyć! Potrafił żyć i uszczęśliwiać innych.

(Wiesław Kępiński w wywiadzie Gabrieli Pewińskiej – Jaśniewicz, „Tak chciałbym, by wrócił jeden dzień z Sopotu, jedna rozmowa, jeden kawałek grany przez orkiestrę”, 12 lipca 2022 r.)

Zaczynam od Jarosława na plaży w Sopocie, chociaż mógłbym od siebie, od nas, pewnej zimy, kiedy wszystko było przed nami a w Teatrze Wybrzeże grali Petra Zelenkę. Mieszkaliśmy wówczas w pensjonacie, wybranym tak, by przypomniał pensjonat z powieści Huellego. Nasza skóra była wtedy gładka i jasna, a łabędzie jadły nam z ręki. Nigdy więcej nie było takiego Sopotu. I takich nas. (I nie było wówczas, uświadamiam sobie, Centrum Haffnera: z góry deptakiem szło się wprost na molo).

Zaczynam od Jarosława, który w 1951 roku przyjechał z przybranym synem do Sopotów, bo natrafiam na fragment wspomnienia o Karolu Hanuszu, aktorze (żeby się dowiedzieć kto to, sięgam po telefon), który na molo zapragnął poderwać miejscowego chłopaczka. Może to zupełnie bez związku, ale wyobrażam sobie łakomy wzrok Jarosława błądzący po posmarowanych olejkiem ramionach i klatkach piersiowych, zachłanny, a jednocześnie zawstydzony.

***

Czytanie „Sopotów” jest zajęciem odprężającym. Miesza się w nich reportaż historyczny, interwencyjny oraz sentymentalny, który chwilowo (w wieku czterdziestu trzech lat) jest moim ulubionym gatunkiem reportażu. Drobne miniatury, Widokówki, są z kolei kawałkiem miasto-prozy, jakby wyjętymi z blogowych zapisków. Opowieść Słomczyńskiego o mieście swojego dzieciństwa jest – jak każda tego typu opowieść – melancholijna. Miasto dzieciństwa to przecież miasto utracone razem z jego mieszkańcami, zakamarkami i zapachami. Zdarza się więc nawet, że w jego opisach epika przechodzi w lirykę:

Mogłem mieć siedem lat, nie więcej, bawiłem się w rodzinę i byłem mężem, a starsza o dwa lata K. miała być moją żoną. Kompletnie nie wiedziałem, co niby miałbym w tej zabawie robić. Zrywałem więc białe kulki z gałęzi, a lepki sok spływał po palcach (s. 360).

(Kto pozwolił autorowi zrywać i rozgniatać trujące śnieguliczki).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s