Dziennik. Tak zwane Boże Narodzenie (1)

Praca Hanny Bogdały, lat 11, wyróżniona przez Muzeum Etnograficzne we Wrocławiu w konkursie „Najpiękniejsza szopka betlejemska”, źródło: https://www.facebook.com/MuzeumEtnograficzne.Wroclaw

Pierwszy raz w życiu nie widzę sensu obchodzenia Świąt Bożego Narodzenia.

Ludzie na granicy stali się sprawdzianem naszej religii czy też naszej religijności. Unaocznili schizmę, podział przy świątecznych stołach na tych, co zaufali literaturze i tych, co po omacku usiłują dostrzec Boga. Polski Kościół (nieważne jaką pisany literą) rozdarł się ostatecznie: po jednej stronie zostali ci, którzy płaczącego po polsku Jezusa dostrzegają w drewnianym żłóbku, po drugiej ci, co widzą go w umierającym w lesie dziecku. Nie można spokojnie świętować Narodzenia, skoro – za naszą wiedzą, za naszym przyzwoleniem – jakiś człowiek umiera w ciemności. Inaczej cała nasza wiara okazuje się wyłącznie powtarzaniem pustych rytuałów.

Nienawidzę pustej religii. Czytam w przedświątecznym rzekomo katolickim tygodniku: Wielu [migrantów] na dalsza podróż wybiera bagażniki samochodów. Wchodzą do nich w nocy, niepostrzeżenie, licząc na łut szczęścia. Byle dalej od granicy. – Ile było takich przypadków! – p. Hania, która pomaga na plebanii kościoła Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski w Czeremsze, kiwa głową, jakby mówiła o czymś oczywistym. – Człowiek wsiada rano do samochodu, spieszy się do pracy, zatrzymuje go kontrola, a w bagażniku leży uchodźca. Jedna kobieta tak się zdenerwowała, gdy znaleziono u niej dwóch mężczyzn, że zemdlała. Trzeba było wezwać karetkę. Oto jednoznacznie kojarzący się obraz nie-ludzi. Zaraz obok peany wdzięczności dla dzielnych pograniczników wypychających ciężarne i dzieci do mroźnego lasu. Szopki szkolne, w których ludzie w mundurach składają hołd Dzieciątku, ci sami, którzy dzieciątka skazują na śmierć. Najgłębszy paradoks polskiego katolicyzmu.

Czytając artykuł na onecie (Dziewczyny malowały włosy na bało, żeby nie odróżniać się od polskich kobiet. Ale one mają takie piękne, brązowe buzie i czarne oczy, że nie da się tego ukryć), dochodzę do wniosku, że takie Święta i takie wybory już się wydarzały. Kiedy trzeba było chronić się przed pobożnym sąsiadem szmalcownikiem: i ścigający, i ścigany śpiewali te same kolędy. Nie da się w Polsce ukryć śniadej cery, dlatego nie ma w niej miejsca dla Jezusa i Maryi, tylko dla ich wybielonych figurek.

A przecież czytany co roku fragment Łukasza o Narodzeniu jest hagadą, dydaktyczną bajką. Mało kto o tym pamięta, ale w tej hagadzie bezpieczeństwo, rację stanu i interes narodowy reprezentował król Herod, który całkiem słusznie niepokoił się napływem oberwańców z niezbyt pewnej światopoglądowo Galilei (nawet prorok wołał przecież „Galilea pogan!” ). Z drugiej strony owa baśń jasno wskazuje, że rację ma Dziecko i jego rodzice. Daje gotowy wzór zachowania w sytuacji, takiej jak na granicy: ratować wędrowców, to od nich zależy nasze zbawienie.

Dotarliśmy do takiego momentu w polskiej religii, że wiara w literaturę (czy to Łukaszową hagadę, czy teksty kolęd) stała się silniejsza od wiary w Boga. Wzruszamy się żłóbeczkiem, usteczkami, rąbkiem i kwilącą dziecineczką, na tej samej zasadzie na jakiej wzruszają nas łzawe melodramaty. Przeżywamy baśniowe wydarzenie – coś co jest jedynie środkiem literackim! Porusza nas piękno hagady a nie jej sens. Owi wierzący w literaturę stanowią większość polskich katolików: im bardziej wierzący i praktykujący, tym bardziej oczarowani tekstem. Nastąpiło pomylenie znaczącego ze znaczonym.

Dodatkowo owa baśń o Narodzeniu została przeniesiona w polską scenerię, także w sferze wizualnej. Nie ma w niej miejsca na obcość poza egzotyzowanymi postaciami Trzech Króli. Pasterze noszą imiona Kuba i Mikołaj, różowiutkie dzieciątko Maryja lula słodkimi zdrobnieniami a sianko pachnie jak w stodole. To hagada o naszym własnym polskim Jezusicku, opisywanym na nasze podobieństwo. To jego uwielbiamy, a w nim nas samych.

Tymczasem hagada opowiada nie tyle o wydarzeniu historycznym, ile o zdarzeniu. Dokładnie w tym samym duchu jak kazanie z Mateusza (Mt 25, 35-36). Tylko w tym kluczu można je odczytywać. Łukaszowa hagada jest jeszcze jedną z przypowieści o bliźnim. Bóg przychodzi w postaci biednego, wygnanego człowieka, na którego czyha władza, który nie znajduje miejsca w czyimś domu i którego potrafią dostrzec tylko tacy jak on, którzy raczej w świątyni nie byli mile widziani. Bóg przychodzi teraz w postaci ludzi na granicy, a nie drewnianej figurki w kościelnej szopce. Inaczej z Boga uczynilibyśmy bohatera literackiego, a jeśli tak – to próżna nasza wiara – bo Bóg umarł. A może to jest przyczyna dramatycznej kondycji polskiego katolicyzmu: jego Bóg umarł, może nawet nigdy nie żył?

Nie mogę czytać Łukasza w domu, w którym modlą się o płaszcz ochronny dla polskiej granicy.

1 Comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s