
Po śladach
Obsesyjnie od kilku dni poszukuję śladów pandemii zapisanych przez Fukowa. Badawczo przyglądam się futrynom, szafkom energetycznym, płotom. Wymyślam miejsca, które warto sprawdzić. Wydaje mi się, że wiem, na co zwracał uwagę: trwałość podłoża i widoczność napisu.
I tak pewnego popołudnia snuję się po Powiślu. Słońce pada w ten niepowtarzalny jesienny sposób. Są jeszcze ulice na których mnie nie było. Na przykład parkowa aleja ku czci Jarosława. Park akurat jest ciemny, może dobry na schadzki. Ktoś się całuje.
Wplatam Jarosława następnego ranka do przemówienia. Trochę z przywiązania do niego, trochę z bezradności. Szukam nowych słów w głębinach bełkotu.
Kapitan
Kapitan Kirk leci w kosmos. Wtorkowy rześki ranek wita tym klikbajtem. Zawsze wolałem spokój Spocka. Kapitan Kirk ma dziewięćdziesiąt lat. Nigdy nie polecę w kosmos.
Znikanie
Dzień wcześniej idę pod Most Gdański. Znów jestem fidem insta i wrzucam spiralne schody. Co chciałbyś pokazać turyście? Najbardziej widok z nich. I potem pstryk znika insta, znika fejsbuk i łotsap. Wracamy do świata esemesów na dobranoc i dzień dobry.
Ciekawe czy na gadu gadu wciąż jeszcze można spotkać osoby które się porzuciło dwadzieścia lat temu?
Atlas Historii Świata, Christian Grataloup
Polskę przedstawiono jako kremowe tło. Kilka razy wpadła też pod legendę mapy. Czasem dobrze spojrzeć na siebie z innej perspektywy, w której się nie jest pępkiem świata.
Wracamy więc tam, skąd przybyliśmy, w kremowe tło. Na terytoria bezhistorii. O tych czasach kiedyś będą pisać w dziejach głupoty albo hańby. Ci z marginesów, którym się udało, ale po piętnastu latach postanowili wrócić tam, gdzie im było dobrze.
Czyli nigdzie.
Dalej jest noc
Coraz większe wyrzuty sumienia, że się jest tu, gdzie się jest. Gdy na polecenie ludzi w polskich mundurach, inni umierają po lasach, jak można spokojnie pić kawę, słuchać Chopina, słać bezsensowne pisma. Można. Wyjałowiony z Polski, jeden z trzydziestu ośmiu milionów. Jak można spokojnie przekraczać granicę i nie myśleć o ciemności i chłodnej nocy na wschodzie.
Pójść do kościoła w niedzielę. Nie można.
Najbardziej nie lubię czytać zwolenników racjonalnych rozwiązań. Wolę już faszystowskie pomioty, które nie owijają w bawełnę, co myślą. Racjonalne rozwiązania kojarzą mi się za bardzo z architektami Bauhausu zatrudnionymi do projektów ka-el. Nie krytykuj Polski. Mundur jest święty.
Opowiemy światu o stanie wojennym – wnioski z ważnego spotkania – czterdzieści lat temu. Wszyscy się znowu wzruszą i będą palić świece ku czci stu zabitych. Po drodze Bośnia, Kurdystan, kolejne fronty, uchodźcy w ciemnej nocy, będziemy rozpamiętywać swoje zadrapania, myśląc, że jesteśmy w samym centrum świata. Jesteśmy znowu tylko coraz bardziej niewyraźnym kremowym tłem.
Kolega, którego czytam, podaje dalej na twitterze: nie opowiadaj za granicą, że Polska jest autorytarna. Nie krytykuj własnego kraju. Morda w kubeł. Odłączam twittera na lotnisku Chopina.
Muzyka
Chopina pokazała nam K. Nastawiłem w telefonie sonatę, grał Japończyk Sorita, i zacząłem zmywać. Po paru minutach przerwałem. Stałem nad telefonem, czołem oparty o ekspres. Dawno nieznane uczucie uniesienia. Brawa, owacje, cały zlew talerzy.
Po śladach. Koda
Po dwóch tygodniach odnaleźliśmy go znienacka z M. Kolejny z podpisów Fukowa opowiadających pandemię. Właściwie zobaczyła go M., która umie szukać zupełnie inaczej niż ja. Tam, gdzie nie szukasz, tam łatwiej znaleźć. Wracaliśmy z hali, niosąc mandarynki, słońce wlepiało się w Ogród Saski. Nic więcej nie było potrzebne.
Od kiedy pomyślałem, chwilowo, że jestem poetą, ciągle brakuje mi słów.