Dziennik. Po-lesie

Fragmenty

Zanikanie znaków. Być może przedmioty jeszcze mają prawo istnieć dłużej, ale pozbawione znaków stały się niewyrażalne.

Nie chodzi więc o pamięć. Ona zasklepiona trwa. Co może, gdy braknie systemu pokrewieństwa i systemu języka.

Śpiew: on jeden jeszcze został, wymyka się, nie poddaje.

Zapiski z Polesia (1)

Polesie Lubelskie to ostatek tej cudownej krainy, która naszym przodkom-etnografom, zastępowała Zambezi. Tutaj mogli szukać do woli słomianych czółen i starożytnych kopaczek. Ostatek, zachodni cypel, wrzynający się w Wyżynę, która urywa się z nagła porzuconym sztetłem.

Zapiski z Polesia (2)

Ornitolodzy – także Jo. – ciągną tu z obiektywami o rozmiarze działek przeciwpancernych. Po drewnianych pomostach przesuwają się z natury bezszelestni, wyczuleni na punkcie bąków i wodniczek. Jak się jedzie z Dzieckiem, oczekiwania są nieco mniejsze: cieszy bocian kroczący za traktorem, koparka zrywająca asfalt, rudzik wyśpiewujący do drugiego rudzika.

Zapiski z Polesia (3)

Kiedy I. i H. kupili dom na Wyżynie i jeździli do niego błękitnym trabantem, czas odmierzali za pomocą okien. Całe lato, podczas którego kilka tygodni spędzali na wsi [wstawali rano, później wydeptywali grządki, podcinali gałęzie albo skopywali zagonki; obiad jedli w domu albo pod gruszą na turystycznym stoliku; dużo palili; poili ptaki, sadzili bakłażany, nikt nie wiedział co to; czasem grywali w letniego brydża, parkował wtedy beżowy wartburg (?)], okna leżały na rozgrzanym strychu nad domem. Jesienią przyjeżdżali rzadziej: koło południa w piątek a wracali w niedzielę, akurat Henio Serwus zdążył przynieść H. nowe zamówienie na koronki i mostki. Zaraz potem nadchodził późny październik i krótkie dni. Wtedy właśnie wstawiali dubeltowe okna, a I. rozkładała na futrynach watę, układając na niej ogrody z suszków, lunarii i miechunki. Dom spał. Wracali do niego dopiero wczesną wiosną, kiedy śnieg zelżał. Zanim je zdjęli, biegłem z samochodu do szyb, oglądać tamte ogrody, których już dawno nie ma. Jak tamtego domu na Wyżynie, jak I. i H., jak błękitnego trabanta.

Tylko tu na Polesiu w orzechowym domu, ktoś tak samo rozłożył watę a na niej sztuczne kwiaty. Oderwijcie mnie teraz od szyby.

Zapiski z Polesia (4)

Tak naprawdę przedtem byłem tu tylko raz. Jakiegoś wieczora pod koniec liceum. Nawet nie wiem, kogo wtedy darzyłem uczuciem albo kogo uparcie stalkowałem. Teraz jadę drogą, wzdłuż której takie same nadjeziorne dacze i tujki, i stanowiska do grilla, i płoty z siatki odmierzanej na metry. Wiem, że to tutaj, choć to dwa samochody temu. Coś mi mówi, że to tutaj, mój wbudowany kompas, który notuje miejsca sprzed dwudziestu lat.

Siedzieliśmy do rana. Gdzieś tam było jezioro i chyba nawet poszliśmy nad nie. Próbowałem papierosów, kaszlałem, wcale nie byłem dorosły. Wydaje mi się, że teraz też nie.

Klechdy z Polesia

Na końcu ścieżki przyrodniczej mieszka czarownica. Ma trzy wściekłe psy do szczucia i wannę, w której gotuje kleik z kości. Dwa stawy zamiast zwykłej wody wypełnia woda królewska. Niby do parkingu jest nieco ponad kilometr, ale mniej ostrożni turyści aż tam już nie dotrą. Mechanik z sąsiedniej wsi wie o tym: ściąga wieczorami porzucone auta. Nie rozczula się, rozkłada na części, poleruje na sprzedaż.

Jak po taniości kupujesz rozrząd albo komplet opon, wspomnij sobie na wiedźmę z zachodniego cypla.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s