Haruki Murakami, Podziemie. Największy zamach w Tokio

Michael Wolf (c), z cyklu: Tokyo Compression Three, wyd. Peperoni Books, Berlin/Asia One Books, Hong Kong, 2012, źródło: lensculture.com

(Warszawa)

Kiedyś wszyscy się zachwycali Murakamim, wprost wyrywali sobie jego książki o dość pretensjonalnych tytułach. To było z dziesięć, piętnaście lat temu. Zachęcony wziąłem od A., zdaje się, „Kronikę ptaka nakręcacza” i usiłowałem ją – nieziemskim wysiłkiem – pokonać. Ostatecznie albo ona pokonała mnie, albo (co równie prawdopodobne) zupełnie wyparłem ją z pamięci. Zaznaczam to od razu na wstępie, żebyście wiedzieli, że jestem stronniczy a do Murakamiego stosunek mam co najmniej chłodny. Ale to przecież było fiction, a „Podziemie” to zupełnie inny gatunek.

Murakami chciał swoją książką wystawić pomnik ofiarom zamachu w tokijskim metrze w 1995 r. Dopiero później uzupełnił reportaż o część drugą – wywiady ze sprawcami, może nie bezpośrednimi winowajcami, ale członkami i sympatykami sekty, która wyprodukowała sarin a następnie podłożyła go w kilku pociągach metra. Część pierwsza, ta o ofiarach, jest rozpaczliwie nudna (por. niżej), znowu wygrywają sprawcy – drugą czyta się może nie z wypiekami na twarzy, ale przynajmniej z ciekawością.

Czemu nudna? Kolejne strony przynoszą teksty bliźniaczo do siebie podobne. Najpierw reporter charakteryzuje rozmówcę, a niektóre fragmenty tych opisów wprowadzają, nie wiem czy zamierzony, element humorystyczny (prawdziwi pechowcy umarli… mimo swoich dwudziestu sześciu lat wygląda tak młodo, że można by ją wziąć za studentkę… w sumie jest to nietuzinkowy człowiek, który jakimś dziwnym trafem w drodze do pracy nawdychał się gazu… sam pija najwyżej butelkę piwa dziennie; zna granice swoich możliwości…) Aż łapie się na myśli, co by się stało, gdyby Murakami miał napisać „Medaliony”…

Po tym odautorskim wstępie Murakami oddaje głos rzeczonym ofiarom, które opowiadają o swoim życiu, poniedziałku 20 marca 1995 r., jeździe pociągiem, zatruciu gazem i pobycie w szpitalu. Przy entej historii znam już doskonale objawy zatrucia i spokojnie na izbie przyjęć Szpitala św. Łukasza mogę pomagać rannym. Nie, to nie jest widok cudzego cierpienia. To już zupełnie nie porusza.

Być może nie potrafimy się wstrząsnąć historią z Tokio, bo żyjemy w zupełnie innej epoce. Epoce, w której pasażerskie samoloty wbijają się w nowojorskie wieże, a podmiejskie pociągi wybuchają na madryckiej stacji Atocha. W bezmiarze ofiar, liczonych setkami, dwunastka z tokijskiego metra okazuje się rzeczywiście prawdziwymi pechowcami.

Nuda „Podziemia” jest również nudą opowieści o japońskim społeczeństwie. Akurat lektura trafia w mój zawodowo-życiowy kryzys i przyznam, dzięki niej zasypiam radośniej, ciesząc się, że nie jestem japońskim salarymanem, tylko urzędnikiem w pół-autorytarnej Polsce.

Pierwszą część Murakami zamyka rodzajem eseju, który jest jej najgorszym fragmentem.

(Pobożno)

„Miejsce obiecane” kończę czytać w pokoju, na ścianie którego wisi karykatura Chrystusa. Nie, w opinii części wierzących, to jego jedyny prawdziwy wizerunek, udekorowany koroną w orły, w biało-czerwonym płaszczu, z berłem w kształcie rakiety balistycznej. Ów Chrystus jest czczony przez wyznawców proroka końca świata, który podpisuje się jako Cyprian Polak a którego proroctwa dotyczą zarówno konieczności gromadzenia zapasów na czas armageddonu, jak i obietnicy własnego małżeństwa z dziewczynką obecnie nieco ponad dziesięcioletnią.

To miejsce obiecane, to znaczy Polska, jak i tamto, o którym opowiadają zwolennicy „Najwyższej prawdy” są w gruncie rzeczy bardzo podobne. W rozregulowanym świecie stare święte księgi stają się niezrozumiałe. Potrzeba wielu nowych wyjaśnień. Prorok przygarnia, radzi i objaśnia. Bóg bezpośrednio przekazuje mu wytyczne.

Porównując beznadziejną nudę i jednostajność życia opisaną w pierwszej części „Podziemia” oraz to, co oferuje Omu, nietrudno się skusić. Porzucić codzienną podróż liniami tokijskiego metra, uciec od współczesnego świata.

Tak samo tutaj w Pobożnie: zamiast trudnej i niejasnej religii czasów zarazy (przypomnijcie sobie Franciszka na pustym placu rok temu i Boga, który śpi), dotknąć natychmiastowej magii. Popatrzeć na cudowny obraz. Być wybranym. Najwyższa prawda należy do wybranych.

(tłum. Michał Kłobukowski; cytowane powyżej fragmenty ze stron 15, 56, 64, 199)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s