Opowieści świąteczne z czasów zarazy

Jakub Schikaneder, Wieczorna ulica, 1906, Galeria Narodowa w Pradze, źródło: wikimedia.org

Boże Narodzenie czasów zarazy

Tego roku ludzie dzielą się na odważnych (lekkomyślnych) i ostrożnych. Ci pierwsi, to znaczy my, najpierw w koszmarach oglądają skutki swoich decyzji, ale potem jadą, ufając, że im nie przypadnie lekki kaszel albo śmierć w męczarniach. Ostrożni zamykają się w domu, tak jak na Wielkanoc (zresztą ta domowa Wielkanoc była jedną z najpiękniejszych). Ostrożność to osamotnienie. Pedantycznie odłożone karpie ości na własnym, jedynym talerzu.

Zdjęcie w albumie C.

Tamtego dnia, kiedy umarł H., zanim to wszystko się zaczęło, chodziliśmy z C. i S. po murach adriatyckiego miasta. Nie wiedziałem, że umarł. Nikt nie zadzwonił, żadnych przeczuć, południowe słońce. Uśmiechamy się do zdjęcia: mam ten sam czerwony szalik, co dzisiaj. Czasem najważniejsze wydaje się nieznaczące: jeden spacer, wiadomość, która czeka, odnalezione słowo.
Tyle bliskości dał ten rok z daleka.

Pokój

Mamy taki zegar w tamtym pokoju. Na nim zawsze jest godzina, żeby się pomodlić. Albo wskazuje koronkę albo anioł pański. Według niego wyznaczamy pory dnia: na jutrznię, na kompletę. Ten pokój nazywamy długim albo magazynem. Przechowujemy w nim przeszłość. W szafie na przykład jest moje dzieciństwo. Młodość rodziców jest w szafkach meblościanki. Trzeba wiedzieć, którą otworzyć, żeby się nie wysypała i nie doprowadziła do płaczu.

Oblężenie

Zawsze wieczorem jest apel. Punkt obowiązkowy, obraz zamyka się, fanfary. Jasna Góra kolejny rok z rzędu oblężona. Kościół wszystkie ciosy przyjmuje na siebie, żeby chronić swoje dzieci – mówi brodaty zakonnik, który jest – wszyscy w domu wiedzą – Węgrem. – Kościół to nasza matka, która jest atakowana. Z fotela wstaje pan Depo. Jedyne, co chciałbym mu powiedzieć, ja, pół-apostata, to wy……..j.

Niebo nad Unicką

Nad cmentarzem na Unickiej wiatr przepędził chmury i pojawił się Księżyc. Po wspaniałej koniunkcji Saturna i Jowisza nie pozostał oczywiście nawet ślad, pospadały za horyzont jak ulęgałki. Pozostał Mars, gdzieś dalej karetka przecięła cmentarz i błyszcząc niebiesko pojechała w kierunku Kaliny. Pierwsze święta zupełnie bez nich. Tablica z imionami była słabo oświetlona. Musieliśmy wymienić dziewięćdziesięciosześciogodzinny znicz na nowy.

Zaraza w Pobożnie

Na każdym piętrze jest ktoś chory albo na kwarantannie albo umarł. Jak ta sąsiadka z góry, co zawsze za głośno oglądała kryminały albo koncerty disco-polo, i przeszkadzała zasypiać. Teraz cicho. Cicha noc. Oczywiście w Pobożnie nie umiera się na zarazę. Przynajmniej nie ma takiej pewności. Początkowo chroniła komunia święta wyłącznie do ust (inaczej można było prócz ciała, utracić duszę), a zarazę roznosili Ukraińcy, oni na nią zapadali. Więc w sumie nadal nie wiadomo, na co chorują i umierają ci wszyscy na różnych piętrach. Nowe klepsydry pojawiają się na drzwiach, może to anioł stróż znowu o kimś zapomniał.

Sen o czekoladzie z getta

Robiliśmy dla robotników zupę z czekolady wydobytej z ruin getta. Ukryto ją w betonie, są w niej włosy, spinki do nich, obrączki. Tylko trzy tabliczki jak trzy bańki na mleko Ringelbluma. Z pierścionka z bursztynem, który z niej wypada, odłazi srebrna farba. Zupa jest gęsta, kiedy rozlewamy ją na wstążki makaronu. One są z papieru, pozostałego po zatopionych uciekinierach z wojen.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s