Kroniki zarazy jesiennej (27)

Warsztat Joosa van Cleve, Święty Hieronim w swojej pracowni, ok. 1550, kol. pryw, źródło: https://www.facebook.com/Testimonedelfuoco

Od pewnego czasu, tydzień, dwa, ciągnie się za nami mgła. Każdego dnia, jeśli tylko wyjdziemy z domu, zaczyna oblepiać nasze ubrania. Zastanawiam się, czy to nie jeszcze jeden skutek uboczny zarazy, która opanowała nas właśnie w ten sposób. Jak mglista chmura, która jest, i równocześnie nie jest. Zresztą sami wiecie, to jest taki niezły środek fabularny: mgła w opowieści. Dużo usprawiedliwia.

Nie ma już liczb. Tym podawanym o dziesiątej trzydzieści nie wierzy nikt. Dziesiąta trzydzieści – było tak jeszcze niedawno – cała rodzina zasiadała przed twitterem i czekała na najświeższe wyniki. Bardziej zaangażowani nanosili je do tabelek i konstruowali potem całe krzywe. No, ale liczb już nie ma.

W tej mgle znowu dopada mnie narodowa klaustrofobia, lęk przed byciem zamkniętym w granicach tego ciasnego kraju. Decyzje rządu, pozbawione wsparcia liczb, okazują się jeszcze bardziej nielogiczne niż zazwyczaj. Narodowa kwarantanna, narodowy koncert braci Golec, narodowa szczepionka, którą jaką pierwsi przyjmą narodowi bohaterowie z zarządów spółek skarbu państwa.

Kolejne tygodnie będziemy co niedzielę jeść pizzę z ulubionej na Świętokrzyskiej. Aż nam całkiem obrzydnie pizza, i Południe, i mgła, w której żyjemy.

*

Spadł pierwszy śnieg. Było to parę, paręnaście lat temu w Sopocie. Udaliśmy się tam tropem „Castorpa” Huellego, wynajęliśmy pokój w starym pensjonacie o grubych zamszowych zasłonach. Mieliśmy po dwadzieścia kilka lat i uczucia. Spadł pierwszy śnieg, a my pobiegliśmy do małego kina. „Wiosna, lato, jesień, zima… i wiosna” to był taki nagły zachwyt, taki pasujący do tamtej jedynej chwili, kiedy karmisz łabędzie nad morzem, lepisz bałwana w parku zdrojowym i wierzysz w przyszłość. Mieliśmy obejrzeć jeszcze dziesiątki filmów.

Potem wyrośliśmy. Kina zamknięto. Nie ma pierwszego śniegu, zdarza się jedyny. Reżysera tamtego zachwytu – czytam – dopadła zaraza nad tym samym chłodnym morzem, nad którym oglądaliśmy jego film w ów zimowy szczęśliwy wieczór i nad którym on chciał wybudować dom.

*

Siedzimy w domu z Dzieckiem tak jak było na wiosnę. Teraz czekamy na święta i wyjazd do Lu. Dziecko potrafi mówić bez ustanku, a my, owinięci we mgłę, milczymy albo odbieramy telefony. Nadchodzą urodziny Beethovena i słuchamy na telefonie pod rząd dwóch koncertów: z Katowic, i z Bonn.

Jako mizantrop Ludwig byłby zdaje się szczęśliwy w tych pustych filharmoniach, gdzie sama muzyka i nie przeszkadza publiczność ze swoim skrywanym covidowym kaszlem (akurat ten szczegół umknąłby uchu mistrza). Dziecko interesują wyłącznie kontrabasy.

*

Cała bliskość teraz, w czasie zarazy, liczy się w kilometrach.

*

Panie lepią pierogi. Mają ciemno malowane brwi i usta, zręcznie wycinają ciasto porcelanowym kubeczkiem. Szyby parują, tłum gęstnieje. Przed świętami ludzie robią się nieprzyjemni. Ich kierowniczka też herod. Wpycha się facet dopytując o boczek, maseczka spływa mu z rudych wąsów, gdy krzyczy. Wyobrażam sobie wszystkie te drobinki zarazy, które na nich siedzą. Opowiada inna o tym, że szczepionki mają zabić emerytów. I tylko u Greka jeszcze wciąż życzą wesołych świąt.

Wychodzę i niknę we mgle (ładna sztuczka, czego się nie robi dla puenty).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s