Kroniki zarazy jesiennej (25)

Z „Kalendarza Iskier na rok 1934”

Kalendarz

Kalendarze nie są literaturą. Nie mam do nich wstrętu. Gatunkiem tym nie zajmują się poważne podręczniki śledzące takie sprawy jak tragicznie zakończony spór Kreona z potencjalną synową. Musiały wymrzeć w tej formie jeszcze przed papeteriami, może wykończyły je programy dla rolników w telewizji? Na pewno bezlitosny byłby dla nich gugel, który zna się i na wysiewach owsa, i na sposobach na wzdęcia. Były mądre, lecz nie przemądrzałe. Pouczały, ale nie nachalnie.

Cyfrowo się nimi teraz rozkoszuję.

Radzą, by dzieciom podać leguminę z rumem; głoszą, że stoimy w rzędzie wielkich mocarstw Europy; zyskaliśmy szacunek innych narodów i dlatego stanowimy ważny czynnik w Europie – liczą się z nami, gdyż jesteśmy silni i samodzielni (sprawdzam, czy to nie dowód na podróże w czasie z dwa dwudziestego wstecz, ale nie to rocznik trzydzieści dziewięć); zadziwiają odważnymi scenami erotycznymi:

Lubił ten rodzaj kobiet. Jak się lubi pewien gatunek owoców lub rodzaj materiału na garnitur. Nauczył ją sprawy miłosnej, jak się uczy dzieci abecadła. W tej dziedzinie była surowa jak rzodkiewka.

Ale najważniejsza mądrość, której się z nich uczę to ta ze zdjęcia powyżej. Zapisuj tylko te wypadki, które po kilku dniach będą się wydawały bardzo ważnymi. Powinienem pisać mniej.

Księga liczb

Liczby dawały nam racjonalne oparcie. Wydawało się nam, że obserwując je, wiemy jaka owa zaraza jest: czy rośnie w siłę, czy maleje. Jakieś minimalne założenia dla naszego pandemicznego życia. Kiedy nastąpi koniec? Przejąć kontrolę nad matematyką to już absolutna władza: dlatego tak bardzo zależało na niej rządzącym. Nie patrzymy już w liczby, bo nic nie mówią. W kraju coraz bardziej pozbawionym rozumu.

Przed dniem

Zapisuję sobie. O piątej dwadzieścia trzy ktoś już powraca z porannego biegu. Ile życia przespałem nic nie wiedząc o tym, co dzieje się tak wcześnie.

Od lata nie byłem w kościele i ta nadzwyczajność powoli staje się zupełnie zwyczajna. Religia stanu zarazy. Tutaj teraz liczą, ale mieścimy się z J. w pierwszej setce. Zaraz jak co roku rozlegnie się śpiewna łacina, ale to nie to samo. Nie mamy świec, żeby spływały po palcach. No i nie ma M. Śniegu też nie ma a miał być. (Nie ma też metra, na Niepodległości jeszcze sennej mijam żółte autobusy za metro).

Na końcu osiedla prototypowego dystopijny krajobraz z linią wysokiego napięcia i złotym M na niebie w odcieniu bladego granatu. Coś jak Hopper na dalekiej północy. Pierwsi. Panie w Macu rozmawiają o cieście na pierniki. Nadal nie ma dnia.

Nad Chłodnej Morzem stado mew krąży przegnawszy wszelkie krukowate. Latarnie mają kształt winogron. Dziewczynka w śmiesznej czapce pyta tatę, czemu wyginam się pod nimi z telefonem.

Dzień i noc to jedno, taka pora.

Halę oświetlają żarówki. Rozkładają selery i pory, ściągają zasłony. Jest tak pusto, że można porozmawiać o tym, że moje Dziecko i córka pani od warzyw, oboje lubią mandarynki z gołąbkiem na naklejce. Jak melancholijnie tutaj w grudniu przed dniem, aż nie chce się wracać.

Śnieg

Może będzie ostatni, stwierdza A., patrząc na pierwszy śnieg i każe wyciągnąć z piwnicy sanki. W tym samym czasie – opowiada potem w szatni zbulwersowane Dziecko – kucharka krzyczy, że wyglądają przez okno, jakby nie widzieli jak pada; co całkiem możliwe – do anomalii zalicza się teraz śnieg zimą, nie na odwrót.

Ulepiliśmy bałwana. Gdy wychodzisz z klatki, spogląda na ciebie złowieszczo, jakby już coś wiedział.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s