Kroniki zarazy jesiennej (15)

Vincent van Gogh, Burdel, 1887, Barnes Foundation, Filadelfia, źródło: twitter.com. Nic lepszego nie mogłem na dzisiejsze święto.

Budzik zadzwonił po piątej. Mieliśmy jechać. Była już szósta. Otworzyłem oczy po ósmej. A. fotografowała wronę, która oglądała balkon. Za dziesięć dziewiąta pierwsza kawa.

Paru patriotów spotkałem
machali flagami, bez masek, bo rząd fenomenalnie opanował zarazę, zresztą Bóg obiecał po polsku i Matka Boska, że nas ominie, więc bez wygłupów.

Za godzinę, dwie będą rogale, mówi pani. Za godzinę, dwie będzie za dużo boga, honoru i ojczyzny, mam jej odpowiedzieć. Nie chcę mieć z nimi nic wspólnego.

Trochę trudno przyznać, że żyliśmy w kłamstwie. Nasze świętości były nie do końca święte. Wierzyliśmy starszym panom, którzy obiecywali zbawienie i żądali wyrzeczeń. Opowiadaliśmy sobie rzewne legendy, w których duch zstępował na ziemię a smok zostawał pokonany. Najdrobniejsze wątpliwości rozstrzygaliśmy na korzyść. To było najpiękniejsze i najczulsze kłamstwo. (Czemu tego jesiennego dnia musiał rzucić ten kamień?)

Bucha dziś myśl narodowa pomarańczowym płomieniem w czyimś mieszkaniu. Hodowaliśmy ją, hołubiliśmy, to teraz wyrosła bujna, jak przed wojną. Jak w wojnę. (Nie wierzcie tym, co mówią inaczej: tak wygląda owa myśl w stanie czystym).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s