Łukasz Mieszkowski, Największa. Pandemia hiszpanki u progu niepodległej Polski

Pracownicy szpitala Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych, Mare Island, Kalifornia, 12.10.1918,
źródło: wikimedia.org

Niby zdanie o tym, że warszawiacy kąpali się statystycznie raz na dwa i pół roku, a polscy chłopi nie kąpali się nigdy w życiu, nie są jakoś odkrywcze dla absolwenta etnografii, niemniej od wczoraj męczy mnie natrętna myśl. Ważna szczególnie w epoce zanikanie węchu, bo przecież zapachów nie da się odtworzyć, tak jak dźwięków czy widoków, ba nawet smaków. Jak pachniało „Wesele” Wyspiańskiego i „Lalka” Prusa?

„Największa” jest kolejną książką czytaną w roku zarazy na temat zarazy. Książką świeżutką, ukończoną tuż przed drugą falą, którą autor latem tego roku przewidywał, w przeciwieństwie do polskiego rządu. Zresztą tę rządową nieprzewidywalność Mieszkowski też przewidywał. Świadczy to więc o tym, jak przenikliwe jest to studium. Zaskakująca jest jego łatwość pisania. Z jednej strony autor bardzo przystępnie opowiada o wirusach i kwestiach ściśle medycznych, z drugiej – fenomenalnie opisuje Polskę przed stu laty. Sam nie wiem, czy to nie jest ważniejsze w tej książce.

Zacieram ręce: przebijanie balonika narodowej (a jakże!) dumy. Obserwowały nas ówczesne  organizacje humanitarne, dzieląc się dość smutnymi wrażeniami (pomyślcie o Syrii):

II Rzeczpospolita w pierwszych latach swojego istnienia była krajem pozbawionym mężczyzn, którzy albo zginęli (…), albo zmarli z powodu chorób, albo leżeli w szpitalach, siedzieli w więzieniach czy też wyruszyli na kolejną wojnę lub po prostu, wykorzystując wojenny zamęt, gdzieś uciekli. Pozostały kobiety i dzieci. (…) Przeciętna Polka była wychudzona, niedożywiona, obdarta i bez butów, a przede wszystkim niemal na śmierć zapracowana (s. 91).

Obraz Polski nie jest wesoły. Dumnie prezentowane na podwórzach wielkopolskich gospodarstw kupy gnoju, świadczące o zamożności, urastają do jakiejś przewrotnej metafory, tego czym jest owa narodowa duma. I dziwnym trafem metafora ta jeszcze lepiej pasuje do dzisiejszej atmosfery.

Mieszkowski – korzystając z okazji tegorocznej zarazy – usiłuje przywrócić nam utraconą (bardziej nawet niż zdarza się to w przypadku węchu) pamięć. Nie istnieje w niej przecież ani hiszpanka, ani tyfus (na który umarł prapradziadek Onufry), ani nawet Wielka Wojna: rzezie w okopach i inwalidzi bez twarzy.

Nie było [miejsca w narodowej pamięci] – czytamy na końcowych stronach „Największej” – na demoralizującą nędzę, społeczną apatię i konflikty polityczne bądź narodowościowe. Śmierć była wskazana, lecz na polu chwały, a nie w łóżku z powodu epidemii, będącej być może konsekwencją fatalnych warunków sanitarnych lub – co gorsza – nieudolności zdezorganizowanej służby zdrowia (s. 215).

Może powinniśmy jednak pamiętać – staje mi przed oczami zadowolona twarz Szumowskiego – może dzięki temu nie wbiegalibyśmy w drugą falę jak zadowolone dzieci na kanaryjskiej plaży?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s