
Dopada mnie Polska. A Polska to nic przyjemnego. Deszcz, dupa, dramat. Miał rację Szczerek: pierwszy zapach po wyjściu z pokładu to nawet nie paliwo lotnicze z rozgrzanych silników, tylko wilgotna grzybnia, którą ciągnie od nizinnych lasów. Polskość. Nocą w Modlinie.
Następnego dnia widzę dzieci po raz pierwszy od marca idące do szkoły. Szare niebo, odzwyczaiłem się przez dwa tygodnie, i zieloną trawę, też dawno nie było.
Nie umiem już jeździć samochodem. Nie umiem po mieście. Powinni dawać el cztery na Polskę. Dziecko dopytuje: Ojej to jak mamy żyć?
Kolejny dzień. Hala Mirowska nie cieszy. Przed sklepem z czarodziejskimi utensyliami, matka kupuje srebrnej dziewczynce jakiś eliksir na ukojenie.
Niedziela, poniedziałek, wtorek – odmierzam dni sam nie wiem do czego.
