Dziennik. Nigdy nie będzie

Być może tydzień zaczął się wcześniej niż w środowy wieczór, ale jakoś łatwo było to przeoczyć. Nazywałem to nudą, żeby nie nazywać tęsknotą. Spędzałem czas w biurze, kupowałem kawę niby jak zwykle. Nic nie było jak zwykle. Poświęcałem czas myśląc o tym, o czym nie powinno się myśleć. Zwłaszcza, gdy ma się czterdzieści lat i jest się urzędnikiem reżimu.

Wtedy pojawił się Kafka. Czerwony tom do czerwonej koszuli i czerwonej maseczki. „Prozy utajone” a w nim ponad setka porzuconych początków dzieł. Ślusarz umysłów – napisałem o nim M. (gdyby Kafka był superbohaterem), bo wszystkie te początki były klaustrofobiczne i pozbawione wyjścia.

Zaraza nie mijała. Inaczej, przyzwyczailiśmy się do niej. Braliśmy pod uwagę, że któregoś dnia może do nas trafić. Ten nastrój z wiosny był nie do odtworzenia. Przypadków było niezbyt wiele, ale katastrofa wydawała się na wyciągnięcie dłoni. Teraz odwrotnie. Coraz więcej pojawia się niedowiarków, twierdzą, że nie ma i nie było żadnej zarazy. Publikują manifesty i wzywają do buntu.

Postanowiliśmy wyjechać. Chociaż na chwilę. Sprawdzamy nerwowo czy lot nieodwołany. Na powrotnym już tak nam nie zależy.

Siedzimy w hiszpańskiej restauracji tej koło cmentarza. Obserwuje nas – jak pijemy sangrię – podświetlony Karol Boromeusz. Wracajmy piechotą – mówi A. przez dzielnicę grabarzy i kamieniarzy.

W czwartek idziemy na wernisaż naszej ulubionej malarki Ka. Nie przyznajemy się, że widzieliśmy ją w miasteczku. Jest taka jak sobie wyobrażaliśmy patrząc na jej obrazy. Nosi na szyi mały aparat fotograficzny.

Postanowiliśmy wyjechać. Najpierw na urlop. Tak żeby nie było Polski.

Jestem prawie pewien, że mnie na nie nie stać. Co zresztą zrobić z porcelaną w razie kresu czasów? Ale zachwycam się nimi. Karl Ens, lata prawdopodobnie trzydzieste. Oglądam je w czwartek, odwiedzam w piątek. Jak szynszyle w sklepie zoo w pierwszym warszawskim roku.

Postanowiliśmy wyjechać. Brakowałoby mi tylko kilku osób, ale za to bardzo.

W wieczór przed planowanym wyjazdem zaczął padać deszcz. Po tygodniu upałów umył samochód z kurzu. A. pakowała. Papież napisał, że Pan Bóg nie potrzebuje obrońców. Polacy odpisali, że to nie ich papież. Postanowiliśmy wyjechać.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s