Kroniki zarazy (34)

Niedziela 77

Wchodźcie owieczki do środka, nie bójcie się, mniej więcej w ten sposób mówi proboszcz. Już nie ma epidemii, chodźcie bliżej, mówi. Nieliczni jeszcze w maskach na dworze, my też, ani drgną (Dziecko też nie drgnie, kopie kamienie po kałużach, będzie miało przemoczone buty).

*

Miało się na samym początku nadzieję, że po zarazie zmieni się hierarchia w świecie. Bo przetrwaliśmy dzięki

rowerowym dostarczycielom dań gotowych,
sprzątaczkom z płynem dezynfekcyjnym, którego brakło,
kasjerkom z samów,
kurierom (niech im będzie),
głosom od zamówień z makdrajwa,
śmieciarzom –

nic tu szczególnego nie wniósł żaden piłkarz, żadne dziewczę od reklam na instagramie, ba na nic się nie przydały właściwie wszelkie gwiazdy z pierwszych stron (ale kiedy wróciły na pierwsze strony, oznaczało to, że wraca normalność). Wydawało się więc, że będzie inaczej, że będzie się cenić rzeczy naprawdę proste. Nic bardziej mylnego – myślę sobie, w wolnych chwilach – pomywacz i kuchta, w czasie pracy – urzędnik.

wp-1591123983919.jpg

Poniedziałek

A. poszła do pracy, więc w dwunasty tydzień wjechaliśmy obwodnicą w okolice, które przypomniały mi moje pierwsze warszawskie miejsce. Nawet zatęskniłem za nim, tak mi się zdawało, ale głównie tęskniłem za sobą dwadzieścia lat temu, więc nawet nie chciałem skręcić i przyjrzeć się bliżej w obawie, że zobaczę za dużo.

Zaraz po tym jak wróciliśmy, na plac zabaw przyszedł człowiek w czapce i zaczął naprawiać drabinki. Mogę się założyć, że gdyby nie zaraza to nawet by nie spojrzał. Teraz dokładnie wszystko przejrzał, a następnie zebrał z bramek biało-czerwone taśmy.
Po południu było na placu dwoje dzieci i jedna matka.
Nazajutrz tak się zaroiło, że przestałem liczyć.

Otworzyli też lotniska, ale daleko nie da się z nich odlecieć. Wracam teraz do tego wspaniałego zdania M. z marca chyba: Odkąd przestały latać samoloty, zaczęłam słyszeć tramwaje i jeśli ono symbolizowało początek naszego zamknięcia, to te odlatujące samoloty – to musi być zapewne koniec.

A. wraca z pracy, więc stoimy w korku na Mokotowie, a potem koło Pałacu Kultury, wszędzie stoimy w korkach. Wszyscy już powrócili. Nikt prawie nie nosi maseczek.

Wtorek

Dziecko budzi się z jakimś koszmarem, od którego boli je żołądek. A. poszła do pracy, więc w drugi dzień dwunastego tygodnia wjechaliśmy obwodnicą.

Kiedy stał się pewny, ten powrót do życia z widokiem na szafę, zaczynam idealizować poprzednie tygodnie, zwłaszcza tamten czas początkowy, odkąd przestały. Czas, który spędziliśmy razem – a to razem rozciągam dalej, bo mesendżer i łotzap toż to było najprawdziwsze w świecie razem, z własnymi rytuałami i osobliwą codziennością.

Wkrótce wrócimy, wkrótce będzie lato. Dni są coraz dłuższe, pierwszy raz zauważyłem to właśnie dzisiaj.

Wpadłem na pomysł, że będę fotografował chmury. Takie są podobne do nas: parę ujęć i zmieniają kształty, a potem ich nie ma, a potem już nie możemy się nawet rozpoznać.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s