Kroniki zarazy (28)

wp-1589877759836.jpg

Niedziela 65

Idziemy żabozieloną ścieżką, przy której wiodą kaczki spory na temat ojcostwa stadka złożonego z siedmiu szarych kulek. Alergicznie pachnie wiosną, od czasu do czasu ściek (w końcu to dolina brudnej rzeki). Co się mogło zdawać, jeszcze parę tygodni temu, niemożliwe: kosmos spotyka się z drogą mleczną.

(Sześćdziesiąt pięć to szczęśliwa liczba).

Poniedziałek 66

Cała ta kwarantanna daje się podzielić na okresy. Z nich wszystkich najbardziej doceniam tamten okres heroiczny, kiedy wyjście do samu to było wyjście w kosmiczną przestrzeń. Szykowaliśmy święta zamknięci w naszych twierdzach i oglądaliśmy siebie na komputerach – to jest materiał na wspominanie. Martwe miasta. Zresztą ten okres był najbardziej uporządkowany: jeszcze wstawaliśmy rano, pięć posiłków dziennie spożywaliśmy, w tym jeden deser (a nie ciągle deser).

Teraz jest okres nijaki. Ludzie wracają. Epidemia nie ustępuje. Miasto zapełnia się jakby nic się nie działo (musiałem wrócić, dzieci do przedszkola, żona też miała pracę – mówi kolega). Bzy przekwitają. Siedzimy w domu bez większego przekonania. Interesy ministra zdrowia też jakby gorzej idą.

Wtorek 67

Co słychać moi drodzy? U mnie dziś apatia i rosół.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s