
W naszym mieszkaniu mieszka wiewiórka – pisze babcia swoimi pięknymi literkami (nawet te drukowane są równiutkie i jasne). Wiewiórka mieszka na szafie, mam pięć lat i święcie w to wierzę. Powieść o wiewiórce zajmie kolejne lata i zeszyciki od słówek. To ja jej będę kazał podróżować po świecie i spotykać się z politykami. Już nie wróci na szafę, gdzie z wiklinowego kosza można było dawać jej orzeszka.
W naszym mieszkaniu już nikt nie mieszka, nawet wiewiórka. Mieszkańcy wynosili się stopniowo. Najpierw babcia w jasnym wrześniu, kiedy wróciliśmy z Chin, zabierając ze sobą kotlety rybne, śledzie z estragonem i pierogi ruskie. Potem dziadek, wiele lat później, w rozmazanym lutym, kiedy nadciągały wojny, epidemie i ruchy tektoniczne. Miał dożyć stu lat, ale w pewnym momencie – zauważyliśmy to oboje z A. – zrezygnował z tego planu.
Opowieści o babciach i dziadkach zawsze grzeszą infantylnym stylem: ich autorzy z reguły najcieplej wspominają historie z czasów sprzed fotografii. W pamięci kotłują się smaki, zapachy i kolory. Gramy w inteligencję, lepimy z plasteliny, układamy pasjanse, jemy śledzie, jeździmy na pętle autobusowe, siedzimy w cieniu starej lipy na wsi.

Pozostają w pamięci rzeczy tyleż ważne, co absurdalne. Milu, panie do ciebie przyszły – powiedziała prababcia Z. na siedem dni przed swoim nagłym zniknięciem. I ze wszystkich zdań, które wypowiedziała to siedzi we mnie jako najważniejsze. Albo albedo – to znowuż babcia I. – zawsze z przejęciem obrywamy cytrusom białą skórkę, szepcząc: albedo, tak mówiła babcia. Dziadek mówił niewiele. Miał przerażającą maszynę wiszącą w kuchni i gotował zęby w szczękościsku, w niebieskim garnku.
Nie wierzył, jak sądzę, w historię o niebie, którą usiłujemy teraz sprzedać na pocieszenie Dziecku. Wierzył w życie tu i teraz. Kieliszek koniaku, drobne dobre rzeczy. Podobnie jak Schubert, ja też coraz częściej omijam te same fragmenty Credo.

3 Comments