
Złotą jesienią 1927 roku w Heidelbergu Jarosław ulega zachwytowi niemiecką poezją (uwielbia wówczas Stefana George’a), niemieckim średniowieczem (miasto nad Neckarem leży w kotlinie, wyobraźcie sobie ten poetycki krajobraz) oraz – może to jest zresztą kluczowe – niemieckim ciałem (należącym do pewnego młodego mężczyzny, który stanie się adresatem licznie powstających liryków). Jarosław jest w podróży służbowej, ale zajmuje się doznaniami zmysłowymi (tylko z tego może się narodzić literatura).
Mam wrażenie, że jestem pogrążony w jakimś czarodziejskim śnie (…). Wczoraj był feeryczny wieczór na szczycie góry nad zamkiem, skąd widać całą dolinę Neckaru oświetloną lampami, mosty i przeciwległą mglistą górę, zamek pod stopami, coś zupełnie nieopisanego (Listy 1927-1931, s. 151).
Razem z nim, złotą jesienią 1927 roku w Heidelbergu, przebywa profesor Zieliński (por. tutaj), erudyta i wielki znawca starożytnej religii, intelektualista pierwszej klasy. W końcu uczestniczą w kongresie Unii Intelektualnej.
Julii Boyd nie obchodzą Polacy podróżujący do Niemiec, skupia się prawie wyłącznie na Anglosasach i ich oczyma ogląda ponad dwadzieścia lat niemieckiej historii. Temat pasjonujący – książka niezbyt, niech o tym świadczy miesiąc (sic!) jej wytrwałego czytania.
Ale i Jarosław, i profesor Zieliński przypominają dwie figury podróżnych często pojawiające się na jej stronach. Pierwsza z nich to przybysz zachwycony, oczarowany niemieckim krajobrazem, sztuką, literaturą, przyglądający się wysportowanym ciałom. Ten zachwyt wydaje się – po latach – pewną naiwnością, ale zachwyt nie pyta o takie szczegóły. Zresztą Jarosław otrząśnie się w końcu z niego, tak jak otrząsał się z kolejnych zachwytów, a Heidelberg pozostanie tylko czułym wspomnieniem. W latach wojny będzie się gdzieś pojawiał blady i rozmyty, cielesny.
Chyba nie można mi się dziwić, że nic z Niemiec nie rozumiałem, będąc tam po raz pierwszy w życiu, skoro nie rozumieli tego ludzie stokroć mądrzejsi i doświadczeńsi ode mnie (24 października 1943 r.)
Jest jednak i figura druga, ów podróżny zafascynowany niemiecką siłą i wolą mocy. Nie posądzałbym go o naiwność, raczej o świadomy wybór. To, ci z bohaterów „Wakacji w Trzeciej Rzeszy”, którzy nie chcą nic wiedzieć, spotykają się z funkcjonariuszami reżimu i snują wizję sojuszy ze wspaniałym Fuehrerem. Zieliński wyjedzie do Niemiec i tam też umrze.
Nie czytam jednak mozolnie Julii Boyd, żeby rozważać naiwność albo przebiegłość cudzoziemców w Niemczech. Niepokoją mnie inne podobieństwa, które widzę z dzisiejszym światem. Zatruty język propagandy, pogarda dla innych i dla stanowionego prawa, szalona wiara, że władza ma zawsze rację – wszystko dzieje się stopniowo, drobnymi krokami. Rozmywa się to, co było kiedyś, maszeruje nowe. Wielkie (to przeczucie, że nawet tego nie zauważymy).
Antykomunizm propagandzistów z tamtych czasów brzmi dokładnie tak samo, jak to, co mówi dzisiaj pewien Instytut, co trąbią rządowe gazety, co chodzi po głowie dyrektorowi muzeum wywoływania wojen.

1 Comment