
Niepokoje to jest bardzo dobre słowo, aby określić ten tu styczeń. Niemniej tłumacz w posłowiu sugeruje, że wolałby gmatwaniny. Jerzy Łoziński, ten, który – wierząc w wierność autorowi – potrafił zabić „Władcę Pierścieni” – to jego wpierw oskarżam o udrękę nad gmatwaniną tekstu Musila.
Jest to bowiem tekst duszny, wielosłowny i ciemny. Kiedy zaczynałem pisać ten dziennik, czternaście lat temu, uczęszczałem do pewnej urzędniczej szkoły, którą nazywałem klasztorem. Pewne metafory są już dla mnie dzisiaj niezrozumiałe, ale pamiętam tamtą obrzydliwie duszną atmosferę: próbę mielenia umysłów ludzi już, bądź co bądź, dojrzałych, aby zmienić ich w posłuszne systemowi dzieci, narzędzia machiny składającej się z pieczątek i parafek. Przychodził zresztą tam jeden profesor, powstaniec, który w ogóle sugerował zbiorową tomografię, która pozwoliłaby dostrzec odpowiedni przerost płata czołowego. Było zupełnie inaczej niż w szkole cesarsko-królewskiej, ale jednak – w gruncie rzeczy – bardzo podobnie. Kiedy zabijesz w ludziach indywidualność, staną się stadem posłusznych wykonawców rozkazów.
Bohaterowie Musila swojej indywidualności bronią kosztem innych. W tym zuniformizowanym tłumie jednostka – jako jednostka – może przetrwać tylko przekraczając siebie. Tym krokiem staje się przemoc, tortury zadawane słabszemu. Mechanizm jest prosty i będziemy go oglądać przez cały dwudziesty wiek. Nic nie wskazuje, że dwudziesty pierwszy będzie lepszy.
