
Ciężko mi się lezie przez te góry. Może gdybym poznał je lepiej, dokładniej, czułbym się szczęśliwy, odkrywając w książce znajome miejsca. Zacząłem za późno. Do dziś pamiętam jak wysiedliśmy z busa i stała przed nami wielka połonina, na którą trzeba było wejść. I jeszcze jak pewnej zimy szliśmy w śniegu (nikt jeszcze wtedy nie miał żadnych dzieci) i piliśmy herbatę (czy to była herbata?) z prymusa w zaspie. No i wieczny spór o to, skąd odjechałem poznać A.: z Bieszczadów, czy z Beskidu Niskiego. Wolę Beskid Niski.
W tym reportażu nie ma planu. Jest takie sobie łażenie. Przypomniałem sobie Paolo Rumiza i jego wędrówkę po Apeninach. On wędrował wzdłuż. Tutaj nie. Robiński skacze po górach i dolinach, omija granice, jakby chciał opowiedzieć o wszystkim. Książki o wszystkim bywają niestety książkami o niczym.
Najładniejszy fragment jest cytatem z warszawskiego projektu „Chwasty” Karoliny Grzywnowicz. Widać spodobał się autorowi tak samo jak mi:
(…) jeśli widzę dwie lipy, to stała tam kapliczka, a jeśli jesiony w półkolu, to cerkiew (…) purpurowe kwiaty barwinka pospolitego sadzone na grobach, łodygi azotolubnych pokrzyw tam, gdzie kiedyś stały zagrody, a pola nawożono obornikiem. Tyczki szczawiu alpejskiego w miejscach po owczarniach. Przydomowe łany agrestu i porzeczek, rudbekie wyznaczające linie płotów, żywopłoty z tarniny. Kasztanowce jako pamiątki po zabudowaniach dworskich (s. 105-106, podkr. moje – Dz. U.)
(Adam Robiński, Kiczery. Podróż przez Bieszczady, seria „Sulina”, Czarne, listopad 2019)

1 Comment