
Nie wiem, co mnie przywiodło do Nowej Fundlandii. Możliwe, że Mierzeja i tamta opowieść o rybackich łodziach (por. tutaj) albo święta Barbara, patronka od nagłej śmierci, która równo dotyka górników i rybaków. Najbardziej prawdopodobne jest to, że reklama kontekstowa na fejsbuku już zna dobrze mnie i moje upodobania.
„Twarde światło” jest niezwykłe. To piękna ni to proza, ni poezja. Opowieść o ludziach, którzy dawno temu umarli i o świecie, który utracił sens (może święta Barbara jest jednak patronką od nagłej utraty sensów). Tekst jest surowy, ale tak silny, że w ustach czuć smak solonej ryby a zimny wilgotny wiatr bije mnie w twarz. I jeszcze z nazw lin ta przepiękna litania (s. 118):
Kliwerfały. Gardafały.
Pikfały. Fały bramrei i bombramrei.
Brasy marsrei, bramrei, bombramrei.
Brasy fokrei i grotrei. Kontrabrasy.
Szoty i halsy bramsla, marsla i grota. Gejtawy.
Gordingi. Reftalie. Nokgordingi.
Refsejzingi. Hals i szkentla bezana. Topenanty.
Kontrafały latacza, kliwra, foka. Forstensztagi.
Ostatnim razem w to samo miejsce dotknęły mnie „Pory roku” Knausgarda. Bo wbrew pozorom różne książki potrafią dotykać w zupełnie odrębny, właściwy dla siebie, sposób.
(Michael Crummey, Twarde światło, tłum. Michał Alenowicz, Wiatr od morza, czerwiec 2018)

1 Comment