Dziennik z podróży służbowej (8)

Dworzec

Peron piąty: nic się nie zatrzymuje. Specjalny dla introwertyków, oddalony od dworca o tuziny torów. Zagadka jak nań trafić. Ta pewność, że nie przyjedzie, aż zachęca, żeby czekać.

Warszawska, pierwsza

Powietrze ma tu duszącą woń melancholii, a może węgla, a może pierwszego śniegu. Mimo zamkniętych okien czuć smutkiem.

20191205_0813168040333435899330136.jpg

Warszawska, druga

W detalach dużo strachu. Wąż czai się pod rozświetlonym drzewem poznania (trochę jak z Williama Blake’a). Głowy wciąż się lękają, że prędko odpadną. Łomocze tramwaj.

Gwiazdy

Wieżowce z owej epoki lotów w kosmos. Mam na nie widok z hotelowego okna. Z namaszczeniem podchodzę do nich jakby były co najmniej Luwrem, bazyliką albo piramidą.

Krążę pod oknami i balkonami, po placach zabaw, zadzieram głowę. Obserwuje mnie dwoje z butelką i strachliwa staruszka, która szybko zamyka drzwi do klatki.

Zawsze do nich powracam. Pozują mi do zdjęć: przez trzy dni są moimi ulubionymi modelkami. (Inne modelki, por. tutaj).

20191205_1048175614530838031855207.jpg

Barbórka

Pod miastem jest jeszcze jedno. Myśl o zamurowanej sztolni długości dwunastu kilometrów nie daje mi spokoju. Pająki w tunelu Luizy całe są szczęśliwe.

(Do przedszkola przychodził górnik. Z papieru kleiliśmy jego czapkę (czako) z młotem i kilofem (żelazkiem i perlikiem)).

50 tysięcy ludzi pracowało tutaj w kopalniach, dziś – nikt. Orkiestra – proszę państwa (czako z czerwonym pióropuszem) – też jest muzealna.

Górny Śląsk pozwala obejrzeć świat po utracie sensu. Wszystko tutaj – od domów po świętych – miało znaczenie, kiedy wydobywano węgiel. Chyba nikt do końca nie wie, co zrobić z tą pustą formą po tamtym Śląsku (po tamtej Asturii, po tamtej Ruhrze).

Chodzenie wte i wewte

W drugi poranek Katowice są już inne. Najlepiej jest samemu szukać detali – to już wiecie, że wtedy odkrywa się zaułki i zapachy. Secesyjne kwiaty rozkwitają na fasadach. Szpital sąsiaduje z cmentarzem (ach, ta pruska praktyczność). Kawiarnia nazywa się „Figa z makiem” i podają w niej bułeczki figowe.

Przypadek

Autokar jechał przez górnicze osiedle, gęste i ciemne. Jakiś tata za rękę z przedszkola prowadził jakieś dziecko.

20191205_1924403715473756420802906.jpg

Partytura

Pierwszy raz od dawna byłem na koncercie symfonicznym i miejsce miałem za orkiestrą, za plecami. I był Prokofiew, symfonia na wiolonczelę i wirtuoz rosyjski. Taki, że wow i kwiatki na koniec. No a ja patrzyłem na wiolonczelistkę z orkiestry, z wyniosłą szyją, i myślałem sobie, co też ona myśli. Że ona zawsze jedna z wielu, a on – wirtuoz – solo. I że może ona nigdy nie będzie. I nigdy kwiaty, ani owacja na stojąco. Uśmiechała się gorzko, ale przełykała ślinę (tak mi się przynajmniej przywidziało).

A potem pomyślałem – grali Czajkowskiego – że może życie nie musi być życiem wielkim, wystarczy, że jest życiem małym. Małe życie też jest dobre i można je mierzyć ilością bezinteresownej miłości. Nie wielkie, ale małe.

Wtedy pomyślałem sobie o An. i że pewno by to skomentowała: Paolo Coelho.

20191206_1236097727296463000582574.jpg

W muzeum

Piękno tych dłoni jak palców hrabiego Orgaza (tutaj). To zaślubiny mistyczne – mówi przewodniczka. Aż mi się mylą Katarzyny.

Pierwszeństwo zatrudnienia w ochronie i szatni mają dawni górnicy – opowiada dalej (jeszcze jedna odpowiedź na to, co zrobić z pustą formą).

W dziale „Historia” jest pałac pruskiego magnata, a nie ma kopalni, której jest właścicielem. Mimochodem przewodniczka wspomina, że tego i tego roku zniesiono pracę dzieci poniżej lat dwunastu. Arystokratyczna córcia i arystokratyczny synek uśmiechają się na żywym obrazie. Historia zaludniona niewidzialnymi ludźmi z ich niewidzialnymi zajęciami (owe zajęcia brudzą świeżo ukrochmalone białe koszule) doskonale odpowiada perspektywie Herr Direktora von und zu.

Robotników zmuszano do pracy za za­płatą nie mogącą nieraz pokryć kosztów utrzymania, co powodowało utratę sił, choroby i wysoką śmiertelność (Jerzy Jaros, Historia kopalni „Król” w Chorzowie (1791-1945), s. 42).

Mapa kopalnianego osiedla do złudzenia przypomina młodszą o pół wieku mapę obozu. Willa dyrektora nieco na uboczu jak później willa komendanta.

Kiedy opowiada o wielkiej maszynie parowej porównuje ją do cielska wieloryba na plaży.

Opowiadanie na drogę

Kiedyś jadę do pracy, w zeszły piątek. Pięknie opowiadane przez telefon: znam jej choroby i choroby jej męża, zarobki zięcia i jadłospis świąteczny. Happy end, kiedy wreszcie zaśnie.

1 Comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s