Podróż włoska. Dziennik (4)

IMG_0016

Mury. Montagnana

Podchodziliśmy pod mury Montagnany jak obce wojska, tyle że od strony parkingu. Zresztą marzenia o bitwie (i to jeszcze morskiej, potężnej, bo pod Lepanto) kryły się w duomo pozbawionej wież (duomo jest niespodzianie piękne w środku). Co roku urządzają tutaj zawody, żeby szykować się do zdobywania murów.

Niestety na mury nie można wejść – mówi pani w muzeum nieczynnym w piątek – Można tylko na najwyższą wieżę. To ja poproszę na wieżę: due adulti i jedno bambino.

Mury można zjeść. Są z piernika o intensywnym smaku, może lukrecji. Podcienia pachną tutaj aromatami do ciast. Strony rynku noszą nazwy od araku, od rumu i od migdałów.

Murów nie można obejść, tak mówią rodzice, chociaż Dziecko chce. Też chciałem, czterolatek, wchodzić na basztę w Kazimierzu Dolnym, ale wszedłem na nią dwadzieścia lat później.

20191012_121109

Mątwa

Skoro Padova to po polsku Padwa, nie widzę powodu, dla którego Mantovy nie nazywać Mątwą. Niezbyt gęsta mgła, taka co zostawia wilgotne światło: jeszcze bardziej Mątwa.

Widok Mątwy nad wodą jest jednym z piękniejszych stu widoków Włoch. Należałoby zatrzymać się i kontemplować ale mapa google nie ma sumienia. Następnego dnia będę widok rozkładał na części pierwsze: kopuły i wieże.

Tutaj ścięta została – głosi biała tablica pamiątkowa na dziedzińcu – Agnieszka Visconti. Działo się to w roku tysiąc trzysta dziewięćdziesiątym pierwszym. W lutym się stało. (Jadwiga przestała tej zimy myśleć o Wilhelmie, którego ciotką była Agnieszka).

Panie w kasie pałacu są nadzwyczaj opieszałe, zresztą system sprzedaży biletów też nieco mglisty (nic dziwnego w Mątwie). Poranna stonoga do kasy przestępuje z nogi na nogę. Jestem pewien: Gonzagowie musieli się bawić w chowanego. Przez te sekretne ogrody, dziedzińce, długie korytarze, komnaty, na których suficie Zodiak albo labirynt, rozlegało się wołanie: pomylone gary.

Do muzeum archeologicznego idziemy z powodu szkieletów i miłości. Jest sterylne i septyczne jak laboratorium, a nie jak stare pałace z greckimi wazami, choćby ten z Ferrary. Chcesz z niego wyjść jak najszybciej, byle obejrzeć pierwsze piętro: to na nim w specjalnych misach z piaskiem leżą dawni mieszkańcy, nadzy, nawet pozbawieni ciała. Pośrodku zaś kochankowie. Wyobrażałem ich sobie na sposób weroński. Tymczasem są zawstydzeni. Nie mogą się okryć. Zimno im. (Laboratoria, prosektoria, muzea, jakie to podobne).

Kolejny sławny widok w domu Mantegni (BTW: geniusz) – żeby go dostrzec, należy położyć się na plecach na kamiennej posadzce pośrodku gwiazdy i spojrzeć w niebo. Wówczas zrozumiałem: nie sposób pisać o wzniosłych miastach tylko wzniosłe rzeczy – rankiem, kiedy obudziliśmy się w domu pod Mątwą, cały świat pachniał krowim łajnem.

Idealna. Sabbioneta

Przed podróżą zgromadziłem ryciny przedstawiające idealne miasta. To była jedna z owych renesansowych obsesji: dążenie do urbanistycznej perfekcji, zresztą uległ jej Palladio. Opowiadam teraz A., że z kosmosu miasto wygląda jak gwiazda, ale A. zupełnie nie jest przekonana, że jest tak, jak jej mówię. Ach, ten sceptycyzm, ten brak entuzjazmu. Zresztą, nie unosząc się nad Sabbionetą, patrzymy na nią z poziomu porośniętego trawą bruku.

Jak na idealną jest nieco martwa, przyznasz? – dopytuje ironicznie A. Mieszkańcy miast wymarzonych nie lubią wychodzić z domów, pominąwszy mężczyznę, który zamiata pod kościołem i tego w różowej marynarce, który ciągle wchodzi mi w kadr. (Kiedy idziemy wokół murów i bastionów, tych, co się układają w kształt gwiazdy, w panice ucieka nawet miejscowa gęś).

Tutejsze zabytki w liczbie siedmiu, bądź ośmiu, podzieliły między sobą dwa konkurencyjne stowarzyszenia: Idealiści Sabbionety i Sabbioneckie Ideały, dajmy na to. Toczy się zacięta walka na ceny biletów, mapy i wagę atrakcji (teatr, ten crème de la crème miejscowych monumentów, akurat zamknięty).

Za to co dwadzieścia minut odbywa się niespodziewany koncert. Dzwony Sabbionety biją w rytmie nieznanym nigdzie indziej. Czy napędza je prąd, czy ów milczący kościelny, ten od zamiatania placu, jest wirtuozem? Po Nizinie słychać, że tu spadła gwiazda.

20191013_141044

Cesarzowa. Parma

Patrzę na oczy, które widziały cesarza (Barthes)

Dziewczynki co się przechadzają w granatowych spódniczkach nawykłe do dygania, panowie w popielatych garniturach, psy ras szlachetnych – w niedzielny poranek znaleźliśmy się w nader eleganckim mieście.

Tutaj po kryjomu Pierwsze Cesarstwo nadal trwa. Nasze podręczniki omijały ten szczegół, a w Parmie nadal fetują Napoleona. Maria Ludwika spakowała do walizki nawet wenecką truciznę. Zbierała pocztówki z podróży (wówczas pocztówki były rycinami). Sprowadzała z Paryża artystów. Przechadzała się po parku i zbierała kasztany. Jeszcze dwóch mężów po Bonapartem. Córka, zięć z dobrego domu. W muzeum stroi się smyczkowy kwartet. Ćwiczą Bacha.

Najbardziej cesarska rzecz: narzuta, którą cesarz Chin w ślubnym prezencie przesłał młodej cesarskiej parze z Paryża.

Ostatni kościół ostatniego dnia podróży. W nim nagi zakwitający młodzieniec jak pogański bóg. Dziecko przygląda się uważnie, znać co było lekturą we włoskich hotelach: O, Sowa mądralińska na baryłeczce miodu – mówi.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s