Zdania, które nadal zapisuję

70887586_2203047719801279_4842523163214479360_o

(Maska rzymskiego kawalerzysty, 1 poł. I w. n.e., Muzeum Kalkriese,
Niemcy, źródło: https://www.facebook.com/Testimonedelfuoco)

 

Poniedziałek jasny. Taki, że dzieci maszerują do szkoły, kupuje się bułeczki o smaku ciepłego ciasta, a walce asfaltują kawałek ulicy.

Książki, kiedy przychodzą – wydaje się, że ta uroczysta chwila będzie spełnieniem. Ale nigdy nie jest. Zawsze jest o wiele za dużo książek a przeczytać wszystkie oznacza – zdaje się – zmarnować życie.

Ostatniego dnia zwolnienia poszliśmy wieczorem na huśtawkę. Zmierzchało już. Zabawne są, powiem wam, te bariery językowe: Dziecko się huśta, jego sąsiad – buja.

Och to ty – mówi dziad do obrazu. Portret milczy. Tajemniczy dziewczęcy uśmiech, który może się śnić, Pechstein chyba albo Kirchner.

Lekceważyłem go nogą lewą czy prawą? – dumam teraz kołysząc stopą nieco z boku biurka. On żarliwie żali się, kolega mormon idzie w ślady prześladowanych pierwszych męczenników. Całe szczęście jest z nim opatrzność, kaszlę: Może to zły duch? – dopytuje z troską.

Od tej pory tej pani będę się spowiadał, dlaczego to co jem sprawia mi przyjemność. Co pana motywuje? – ona pyta tak mądrze, że na poczekaniu wymyślam jakąś miłą dla ucha historię. Oprócz jedzenia, przyjemność sprawia mi wyobraźnia.

Całują się zawzięcie już mniej więcej od Skrzyżowania Nieistniejących Ulic. Uchylili sobie okno, ale ci co nie mają jakichś w uszach słuchawek z zazdrością wysłuchują jak miesza się ślina.

Linia 35 jest ulubiona – mówi M. jakby była jej, a nie moja, powszednia. Wielkie miasta mają to do siebie, że można żyć na dwóch tramwajowych krańcach i nie wiedzieć o tym, i na szynach nie spotkać się nigdy.

Dożynki („Plony”?) tak jak sobie wyobrażają hipsterzy. Każda dynia ma swoją historię. Sok jabłkowy opowiada o sobie, że jest złoty i jesienny. Rodziny przechadzają się z dystansem, aby zbytnio nie wysilać kubków smakowych.

Moim pierwszym dworcem był Wschodni, wsiadało się tam do dalekobieżnych pociągów, takich całonocnych z jedzeniem kanapek i porankami w innych krajach. W długim bloku naprzeciw była piekarnia z francuskimi rogalikami (dzisiaj, kiedy już spowszedniały, nikt nie zrozumie, co oznaczał francuski rogalik w roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym pierwszym). Nieco na zachód była za to ulica, na którą, nie daj Boże, nie wolno się było nigdy zapuścić. Brzeska. Właśnie nią idziemy: jest to jakieś osiągnięcie po dwudziestu latach mieszkania tu (a może tam – tego nigdy nie jest się do końca pewnym).

Staruszki z psem też jadą na koniec metra. Pani zrobi nam zdjęcie – mówią do A., tylko najpierw trzeba psa upozować. Na pewno będzie dobrze – zapewniają.

Dni tego roku, kiedy mówię: szczęście.

Deszcz, który nadciągnął miał łagodny szary kolor. Wtedy też padał, kiedy przyjechałem po raz pierwszy, nie wiedząc, co się robi, żeby nie utracić.

Za wcześnie na kasztany mówiłem, a one na przekór spadały.

Poranki mają sens, gdy piszę. Zamiast powieści esemesy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s