Zdania, które zapisuję

summertime.jpg!Large

(Edward Hopper, Lato, 1943, Delaware Art Museum, źródło: wikiart.org)

 

Jadą jasne w tramwajach, białe bluzki. Blade uśmiechy, piszą w swoich telefonach o tym, że jeszcze jesieni nie ma. (Wieczorem jesień nadchodzi).

Ospały barista podaje kawę w ogonku na Placu z Pociągiem Krzyży (niedaleko od Skweru z Kościołem Zielarzy, tam gdzie zwykle dopijam kubeczek). Turyści usiłują mieszać się z resztą, ale i tak każdy w swoim śnie.

Klaudia podpisywała się dużym C. Pisaliśmy listy a potem nagle przestaliśmy bez powodu (tak było ze wszystkimi listami: nagle, jakby okazały się niepotrzebne). Przyszła się dopytać przez sen, co z tą korespondencją sprzed dwudziestu lat.

Zmierzch nad osiedle nadleciał wyjątkowo szybko. Nawet się nie zorientowałem, że we wrześniu już nie ma długich dni.

Mężczyzna w sto szesnaście wyglądał na zrzędę, ale za to na kolanach wiózł różową skrzynkę, w której prześwitywał perski kot.

Ten wiersz za mną chodzi. Dosłownie, służy za zakładkę. Trochę się ściera na brzegach. Niewypowiadalne okazuje się również nieprzetłumaczalnym. Lust Must Have Struck for the First Time.

Rzeczy, które nadały sens czwartkowi: słodki zapach smagliczki, brzytwa na szyi, brzęczący sygnał mesendżera.

Lustro Schielego: wychudła twarz na mojej podkoszulce w wieczornym sto dwadzieścia dwa.

W marzeniach istotny jest element nierealnego. Nigdy nie spotkam osoby albo miejsca takimi, jakimi sobie je wyobraziłem. Zawsze jest za późno.

Chłód jesienny. Rzędy dyń. Piramidy śliwek. Ptaki krążą nad talerzami słoneczników. Starsza pani opowiada smaki.

Jesteś trupem, jesteś trupem – radośnie nawołują się dzieci na placu zabaw, na którym M. wyciąga z torby babeczki z owocami. (Smak budyniowych babeczek z owocami jest  jednym z najbardziej charakterystycznych zwykłych tutejszych smaków, zupełnie mi nieznanych, gdy mieszkałem w Lu.)

Dlaczego nie urodziłem się ptakiem? – pyta ktoś na przystanku. Dwadzieścia lat temu przyjechałem tu. To już dłużej niż tam. Deszcz cały dzień pada od linijki.

Mając do wyboru budzącą niepokój abstrakcję (śmierć) i upewniający dowód ze zmysłów (śniadanie!), mój umysł skupia się na tym drugim. Ziemia także wydaje się wciąż cudownie zachowana, wciąż, ogólnie rzecz biorąc, zwyczajna – zmieniają się pory roku, znowu idą wybory, na Netflixie nowe komedie – a nadciągający kataklizm jest nawet trudniejszy do wyobrażenia niż śmierć. Inne rodzaje apokalipsy, czy to w wersji religijnej, czy termonuklearnej, czy też zderzenia z planetoidą, zawierają przynajmniej jednoznaczne uporządkowanie wymierania: w jednym momencie świat jest, w następnym już zniknął na zawsze. Apokalipsa klimatyczna, przeciwnie, jest chaotyczna (Jonathan Franzen, The New Yorker, 8 września 2019 r.)

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s