Frédéric Martel, Sodoma, Agora 2019

5c97e3654aedc708c40e82598da1f63c

(Stephan Lochner, Sąd Ostateczny (fragm.), ok. 1435, Wallraf-Richartz-Museum,
źródło: tumblr.com)

Oczywiście można popaść w święte oburzenie

Pokusa, aby potraktować reportaż Martela jako prawdę, samą prawdę i tylko prawdę jest – przyznaję – bardzo silna. Duża w tym zasługa samego hierarchicznego Kościoła a już polski episkopat – ustami choćby panów Jędraszewskiego i Meringa – dwoi się i troi, żeby swoich wiernych odstręczyć, a tym samym do wiary w Sodomę (będę się zmagał z kwestią, czy używać cudzysłowu, czy też nie) nakłonić.

Podejrzenia, co do wiarygodności tekstu, budzą się we mnie dość późno, gdy autor zaczyna budować teorię literacką. Otóż stosunek danego duchownego do gromadki francuskich pisarzy (Maritain, Gide, Mauriac) staje się dla Martela testem na homofilię. Jest to pociągająca teza, jednak niosąca nadmierne uproszczenie. Powiedz mi co czytasz, a powiem ci kim jesteś. Martel akurat zaczytuje się Rimbaudem.

Nie da się zaprzeczyć, że autor nie tylko teoretyzuje, ale i przedstawia dowody. Są tutaj cytaty z rozmów świadczące, że o działaniu Stolicy Apostolskiej (nie zgadzam się z proponowaną przez książkę ortografią) wie więcej niż inni. Nie mam prawa nie wierzyć, że tak, a nie inaczej, wyglądają kardynalskie apartamenty (położone nieopodal naszej ulubionej Marii na Zatybrzu), a o czym ich wygląd świadczy – to już interpretacja Martela.

Parę kroków dalej odkrywam coś zachwycającego – mebel z lustrami, rodzaj „psyche”, wielkiego przechylnego lustra pozwalającego oglądać się w całości. Gdybym otworzył wszystkie trzy skrzydła jednocześnie, zobaczyłbym się tak, jak kardynał widzi się co rano – otoczonego, oplecionego własnym obrazem.

Nic nowego pod słońcem – przypominam sobie kościelne igraszki rzymskich rodów 

Jest „Sodoma” rodzajem bestiariusza opisującego kardynałów według przypisanych im grzechów głównych: kardynałów pożądliwych, kardynałów pysznych i chciwych, wreszcie chyba najbardziej odrażającej postaci jaką jest w „Sodomie” (lub Sodomie) kardynał Alfons López Trujilo. Bo Sodomę trawi hipokryzja. W tym miejscu reportaż Martela łączy się z diagnozą przedstawianą przez Franciszka (choćby w tekście o piętnastu chorobach Kurii Rzymskiej: tutaj). To Franciszek jest wrogiem numer jeden mieszkańców Sodomy, to oni opisują go jako mściwego i okrutnego. „Sodoma” – im dłużej się nad tym zastanawiam – wygląda jak napisana na zamówienie Franciszkowego otoczenia.

Dwóch bohaterów „Sodomy” znamy bardzo dobrze. O Janie Pawle II Martel pisze ostrożnie, używając zaskakującej formułki, że nie zamierza oceniać tej postaci. Niemniej dokładnie opisuje papieskich współpracowników, dzieląc ich na kręgi, już nie jak w Sodomie, ale jak w Piekle. Można spierać się o wiedzę polskiego papieża, na temat tego, co dzieje się w Kościele (marne usprawiedliwienie: papież, który nie wie, jest chyba gorszy od papieża, który pozwala), niemniej to Jana Pawła II obarczają takie a nie inne decyzje personalne. To za jego pontyfikatu do władzy dochodzą prawicowi hipokryci w rodzaju Sodano czy wspomnianego już Trujilo, a w Polsce (mój przypis) w rodzaju Paetza czy Michalika (w ogóle reportaż Martela pozwala z większą sympatią spojrzeć na byłego arcybiskupa Poznania: Paetz nie odbiega od rzymskiej (sodomskiej) normy).

Za to Benedykta XVI autor „Sodomy” po prostu nie lubi. Uruchamia całą psychologiczno-literacką machinę, aby starego papieża upokorzyć. Mimo, że opisuje wcześniej dziesiątki postaci bardziej negatywnych, z sumieniami czarnymi jak bezksiężycowa noc, to całą niechęć do Sodomy skupia na Ratzingerze, a nawet na jego modnych pantoflach. (Właśnie wtedy zaczynam wątpić, czy Martel jest wiarygodny).

„Sodoma” uwiera, bo Kościół wyobrażaliśmy sobie nieco idealistycznie. W dzieciństwie śpiewaliśmy w kościołach kołysankę, w której ojcu świętemu, tam hen na Watykanie, Panienko, daj szczęśliwą dobrą noc. Dziś w Polsce raczej nie śpiewa się ojcu świętemu. Jeśli poczytać dokładnie Martela, to kroczymy właśnie drogą Hiszpanii w kierunku pustych kościołów, prowadzeni przez większość polskich biskupów, nieodrodne dzieci epoki Sodano i Trujilo (jak kto woli: pokolenia JP2).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s