Dziennik. O przejrzystości

(Kitagawa Utamaro, ilustracja do „Wierszy z poduszek”, 1788; źródło: flashbak.com; stamtąd także cytat z van Gogha)

Bajka

– Opowiedz bajkę o mięsnożernym dinozaurze.

– Dawno, dawno temu, właściwie miliony lat temu, w triasie, żył sobie mięsożerny dinozaur, który nie lubił mięsa. I ten dinozaur miał duży kłopot, bo koledzy się z niego naśmiewali, że on woli paprocie i skrzypy. Wszyscy namawiali go na mięso, a on go po prostu nie lubił. Kiedy opowiedział o tym rodzicom, mama – tyranozaur zmartwiła się, przytuliła synka i powiedziała: „Tak sądziłam. Twój stryjek też nie lubił mięsa, i też naśmiewali się z niego koledzy, aż zamieszkał razem ze stadem brontozaurów. Jeśli chcesz możesz pójść go poszukać”. Mały dinozaur postanowił wyruszyć w drogę. Po paru dniach zobaczył krajobraz ze sterczącymi pagórkami. Kiedy podszedł bliżej okazało się, że owe pagórki to właśnie brontozaury zajadające skrzypy i paprocie. Gdy tylko go zauważyły, góry zaczęły uciekać. W końcu pozostał tylko stary brontozaur, który za bardzo nie mógł się już ruszyć. Mały tyranozaur, który nie lubił mięsa, podszedł do niego i opowiedział o sobie, i o tym, co mówiła mama. „Tak, znam twojego stryjka” – odparł stary brontozaur – „Mogę ci pokazać, w której dolinie mieszka…”

– Miała być bajka o mięsnożernym dinozaurze, który lubił mięso.

(Kilka morałów: 1) Dziecko dopadła ochota na dinozaury…; 2) … na mięso też; 3) Jeśli przyjrzeć się strukturze bajki, niekoniecznie jak to robi Propp, okazuje się, że LGBT – zgodnie z obawami rządu – dociera już do naszych dzieci).

Niewinność

Na Świętojerskiej na granicy getta zauważam słup uliczny z Bekanntmachung i gwiazdą Dawida, tym, co ja nasi faszyści (od podawania dłoni) rozlepiają na mieście. Jest pierwszy dzień wiosny, zaraz ruszy karuzela na placu Krasińskich. Wszyscy Polacy dokoła tacy niewinni.

Przejrzystość

Zazdroszczę Japończykom wyjątkowej przejrzystości każdej rzeczy w ich pracach. One nigdy nie są jednostajne i nigdy też nie wyglądają na namalowane zbyt pochopnie. Są tak proste jak oddech, a postać potrafią stworzyć kilkoma pewnymi pociągnięciami pędzla z taką samą łatwością jak gdyby chodziło o rozpinanie płaszcza. Ach, muszę nauczyć się tych pociągnięć pędzla. Będę pracował nad tym całą zimę (Vincent van Gogh do Theo van Gogha, 23 lub 24 września 1888 r.)

Wiosna, której nie dostrzegłem

Pierwszym zwiastunem wiosny jest mężczyzna w dżinsach i ciemnych okularach (wygląda jakby przeniósł się w czasie z lat osiemdziesiątych). On stoi dyskretnie i z użyciem zielonej rury podlewa bratki w słoneczne popołudnie na Senatorskiej.

Ponoć już są krokusy i pierwsze forsycje (widziałem zdjęcia, wszyscy robią zdjęcia), ale nie umiem ich zauważyć. Są tylko prawdopodobne. Tylko ten mężczyzna nad kamiennymi misami jest prawdziwy.

Muszę ćwiczyć przejrzystość, o której pisał van Gogh.

Państwowe Muzeum Etnograficzne

Muzeum etnograficzne nadal śmierdzi obiadami tak, jak wtedy kiedy miałem być etnografem i chodziłem tutaj na wieczorne wykłady o ludach Azji i Afryki. Trzeba było się nauczyć długich list nazw, za które, za lasami i za górami, ludzie oddają życie, twierdząc, że ratują Boga, ojczyznę lub honor.

Muzeum etnograficzne zmienia się. To, o czym pisałem, oglądając ekspozycję w Bazylei, tutaj jest – wydaje się – działaniem nie do końca świadomym. Największe wrażenie robi magazyn rzeczy, tego co zostało po kulturze ludowej. Nic nie zostało nazwane. I nawet ja, niedoszły etnograf, z trudem umiem rozpoznać do czego służyły. Bez podpisów ta część muzeum staje się cmentarzyskiem.

Głos Jarosława

Najpierw była płyta z wierszami Jarosława wycofana z biblioteki w Gliwicach. Skoro ją kupiłem, musiałem skądś wytrzasnąć gramofon. Ostatni gramofon mojego dzieciństwa dawno zamilkł, uciszony przez telewizor, który mówi bez przerwy. Gramofon jako ćwiczenie z przejrzystości

Jarosław czyta „Maj”. Następnego dnia, w moje urodziny, dowiem się, że zmarła jego córka. (Na którejś ze stron pomylą mu imiona i nazwą Tomasz, niewątpliwie przez skojarzenie z Mannem).

W gramofonie jest coś uroczystego. Siedzimy nad nim i patrzymy jak dotykają się igła z ciemnością.

Smutek srok

Na urodziny zrobiła się pogoda tak ładna, że umyłem okno, przy okazji uprzątnąwszy gałęzie, które sroka – jak co roku – znosiła na nasz parapet. Wpatrują się we mnie z sąsiedniego balkonu. Słyszysz, mówię Dziecku, jak smutno skrzeczy?

A. wynosi oleandry

A. nie znosi sentymentów. Nic, że one były przepełnione tęsknotą za Południem. Kiedy je przynosiłem ze sklepu broniły się twardymi liśćmi, wciskając je do ust, i dopiero później przeczytałem doczepione do nich ostrzeżenie śmiertelnie trujące. Starały się kwitnąć, a my udawaliśmy, że nie są pospolite i nie pamiętamy z licznych podróży, że rozdzielają jezdnie autostrad albo osłaniają parkingowe toalety. Wracaliśmy a one kwitły w dwójnasób. Aż pojawiło się Dziecko.

Miały w sobie dużo uporu na klatce schodowej wyłożonej luksferami. U ludzi nazwałbym to nadzieją, ale jak nazwać u roślin. Donosiłem im wody coraz rzadziej. Straciłam do nich serce – powtarzała A. Czy się spodziewały? Ukradkiem wyniosła je i porzuciła, nie wołając nawet mnie, piszącego florystyczny nekrolog.

Dzieje dżemu cydrowego

Spośród pamiątek z podróży, o tej zapomnieliśmy całkiem. Gdyby nie wiosenne porządki, A. nie odnalazłaby wśród przetworów dżemu o smaku cydru z małego rybackiego miasteczka w Asturii. Spróbowałem galaretkowatego jabłkowego wina i obiecałem sobie zjeść więcej w niedzielę. Ale dżem miał inne plany.

W niedzielny poranek samobójczym skokiem z lodówki znalazł się na podłodze. Migocze teraz kryształkami szkła, sądząc, że mnie przechytrzył.

(20-24.03.2019)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s