Dziennik pisany we wrześniu (odc. 4)

21. 

Tak się spieszą by tańczyć w ostatni – jak mówią – letni wieczór. Ciepła jest trawa, na której siadają przelotnie. Motyle w alei małych pocieszeń. Odjeżdżają im tramwaje.

22.

Nazajutrz zaczęło padać. W holu musieli chaczapuri, bo bez chaczapuri teraz nie ma soboty. Nawet jeśli wszystko przestało smakować i kawa americana, taka jaką pije M., to oni jeszcze chaczapuri.

23.

Pod kocem z szarych chmur pojechaliśmy na Muranów znudzeni takimi samymi kawiarniami, takimi samymi kawami, takimi samymi ciastami i takim samym życiem (wszystko przestało smakować). Usadowiliśmy na fotelu śpiące Dziecko i spoglądaliśmy z nie takiej samej perspektywy.

24.

Od zachodu pasami nadciągają chmury – uważnie obserwuję krajobraz. Czytam Bursę (nowe wydanie, ale niewiele szersze od starych wydań) i po dwudziestu latach na nowo odkrywam, że był genialny, i że dwadzieścia lat od momentu, kiedy zapisywałem go w swoich dziennikach, i opowiadałem z przejęciem drogiej W., nic a nic nie stracił z aktualności.

Uważnie obserwuję balkonowe niebo: jutro pełnia.

25.

Nie rozdziobią nas kruki, ni wrony. Rozdziobią wróble, całe czyhające stado, które nie boi się z papierka, ani nawet z ręki, nawet z nogi. Wpatrują się bestie w mufinka, który przestał smakować. Lądują. Rozdziobują. Na finał tragikomicznego września.

Z Andy Rottenberg: Znam miarę, ale też wiem, że większość napisanych kiedykolwiek powieści, wierzy, uczonych, rozpraw i artykułów to nikomu niepotrzebna makulatura zalegająca na śmietniku historii, jako dowód ludzkiej słabości związanej z potrzebą przedłużenia swego jednostkowego istnienia ponad jego biologiczny kres (s. 160).

Jest jakiś ponury sarkazm w tym, że czego dotknę swoją stopą, zamienia się w popiół. W sierpniu o mały włos nie spłonął dom Luny, teraz ogień pełza po Górach Pizańskich, zagrażając młynowi, i świetlikom, i kartuzji, w której trzymają dinozaura (patrz: tutaj).

Slonce

26.

Kiedy się obudziłem w fiolecie i różu, obok spało Dziecko, budzik jeszcze nie dzwonił. Z poprzedniego wieczora pozostał ponad blokiem księżyc w pełni, ale bladł w oczach i zniknął.

Ostatnią deską ratunku – jeśli traci się smak – bywa McDonald. W brązowym płaszczu siedzi w nim autor bloga: wydaje się, że jako jedyny nie uczestniczy w wycieczce szkolnej. Owszem dziewiętnaście lat temu wybrał się na takową, i od tej pory nie może powrócić. (Wreszcie coś mu smakuje).

27.

Czytam. Czytanie jako ersatz rzeczywistości, której nie warto nawet zapisywać (nie pamiętał jeszcze tak fatalnego września).

28.

Wyobrażał sobie, że jadą w gości tramwajem do pewnego mieszkania przy pętli. Wieczór sprzyjałby wycieczkom, ale piątek, piątek jest dniem awantury urządzanej przez Dziecko (dopisuję tydzień później).

29.

Mieliśmy nie jechać, ale przyśnił mi się dzwon, co go mają na Wieży Trynitarskiej, a który kiedyś był dzwonem farnym. Dzwoniliśmy nim ja, i A., i J. (J. też zaplątana do tej historii). Dziecko też chciało dzwonić. A kiedy się obudziłem i zobaczyłem, że dzisiaj św. Michała, patrona dawnej fary i tegoż dzwonu, to już wiedziałem, że to Lublin wzywa. Lublin calling.

30.

Miałem ochotę coś zmienić. W sobotę pojechaliśmy przez wyciszony Garwolin a w niedzielę skręciliśmy na Radom. Złota polska jesień waliła prosto w oczy, oślepiając na szosie numer dwanaście. Ach, jakie brzydkie Mazowsze, gdy już się przekroczy naprędce Wisłę i znajdzie się po naszej – obecnie – stronie.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s