Kalabria. Dziennik (2)

7. El Castella – Scolaricum – Reggio Calabria

Nawet dla weteranów siedemnastki, droga krajowa SS 106 nazywana Jońską jest nie lada wyzwaniem. Z zaplanowanych trzech godzin jazdy, wychodzi bez mała siedem. Miasta są brzydkie, po lewej za oknem linia kolejowa (przez czas jazdy nic nią nie przejeżdża), za nią Morze Jońskie. Trzeba nauczyć się – podobnie jak na Wyspie – hamować nagle, bo ktoś poszedł po ciastka, przejeżdżać mostami z jednym pasem ruchu, wymijać stare fiaty pandy, które w swoim tempie jadą pomiędzy kolejnymi miejscowościami, z których każda miała niegdyś grecką nazwę. Podróż po Wielkiej Grecji. Najprościej opisać drogę mówiąc, że jedziemy po podeszwie włoskiego buta. Stąd, gdy dojeżdżamy do palców pojawia się w nas jakaś dziwna radość. Przed nami morze, i zaraz, zaraz pojawi się Wyspa króla Rogera.

geometria_gajow_oliwnych_400x400
(Scolaricum)

Geometria gajów oliwnych naprzeciw gramatyki napisów nagrobnych. Pozbawione popiołów urny w gablotach i dziewięć szczeniąt labradora na podwórku za muzeum, gdzie pracownicy i studenci wychodzą palić. Tyle po drodze jest historii, a my dalej do carrefoura.

Lubię miasta – powiedziała A. – kiedy znaleźliśmy się w Reggio, z którym – jak się już połapało w zasadach ruchu drogowego – wszystko było w porządku. Deptak, te same sklepy co wszędzie, pizza na kawałki czynna do późna. (Dzień, w którym pomyślałem, że i tak chcę już wracać, albowiem:

Piosenka ze Stilo: Dotarliśmy do ruiny: ruiny naszych płonnych nadziei, podróżnych zamierzeń i chęci odpoczynku. Nie wysiedliśmy w Stilo).

reggio_400x400
(Wota Persefony)

8. Reggio Calabria – Scilla

O poranku całe Reggio wypełniło się całującymi parami. Wszyscy z widokiem na morze, bo każda ulica była tu z widokiem na morze, ach jakie to romantyczne miasto (dopóki nie spróbujesz wyjechać z niego w południe i nie zrozumiesz, że Południe oznacza całkowitą dowolność jazdy wąskimi uliczkami pod górę, a potem ulicą świętej Anny do autostrady, skręt w lewo).

Z muzeów archeologicznych to jest – może poza Agrygentem – najpiękniejsze w całych południowych Włoszech. Można oczywiście za radą przewodnika podziwiać na parterze wyłącznie brązy z Riace (zobacz jaką pan ma pupę – pokazujemy Dziecku starożytne pośladki), ale na górnych piętrach obfitość. To tutaj przywołują wota Persefonę (tę samą, co ją po Wyspie razem z jej matką goniliśmy).

Pensjonat prowadzi staruszka (długo zajmuje mi rozszyfrowanie wykaligrafowanego hasła wi-fi). Zresztą całe miasto jest stare, wąskie i słone, morze wylewa się na nie co jakiś czas. Na nasz balkon też. Nasz balkon wisi nad falami i może udawać łódź. Niebieską łódź, taką jak w małym rybackim porcie, do którego chadzają koty.

Pani była Polką (za dużo tych kotów – mówi, a tam siedzi akurat taki rudy z rudymi oczami i zapewne chciałby coś opowiedzieć), ale podawała gęsty krupnik z soczewicą, taki jak jedliśmy dawno temu w Modice na Wyspie (Wyspę widać z zamku): zupę ubogich prowincji Południa. Śpiewał Fabrizio De André. Rudy z rudymi oczami przypatrywał się podejrzliwie.

Trudno uwierzyć, że Scylla była potworem.

scilla_400x400
(Morze wylewa się na Scillę co jakiś czas)

9. Scilla – Tropea

Nie należy wierzyć Włochom, jeśli mówią o odległościach na piechotę. Maszerowaliśmy do Tropei już trochę czasu i wciąż nie było pewne, czy dwadzieścia minut jest za nami, czy przed nami. Wokół rozciągały się pola czerwonej cebuli i pachniało szczypiorkiem. Kiedy wreszcie dotarliśmy, wspięliśmy się po nieskończoności schodków, zdarzył się nam mit. Ten o Midasie. Pragnęliśmy makaronu, ale za każdym razem, gdy znajdowaliśmy jakiś bar okazywało się, że możemy zjeść w nim jedynie trufle. Wszystko zamieniało się w słodycz, ciągle słodycz, aż w końcu jakaś pani za kontuarem spojrzała na Dziecko i na nas, i powiedziała bolognese.

Ciche miasteczko. Góruje nad nim zamknięty na cztery spusty sierociniec. W piekarni Any mieszkańcy rozmawiają o karetce, która zabrała kogoś z zawałem. Ciasto Any jest pulchne, drożdżowe, pachnące, przypomina dzieciństwo. Słychać morze.

10. Tropea

Widać morze. W piniach śpiewają ptaki (napisałbym słowiki, ale pewności żadnej). Słońce wpada do willi pana Aleksandra, który grywa w golfa. Ze ścian spoglądają przodkowie.

Na plaży pięć Amerykanek. Spędzą tu cały dzień a przyszły przed nami. Ich kolorowe stroje widać będzie z tarasu, gdzie właśnie para młoda ma samotną sesję. Czekamy na obiad. Dzisiaj po zimie otworzyli restaurację. Pojawiają się dzieci i mówią po polsku (tutaj pani też była Polką i podawała kalmary).

11. Tropea – Lamezia Terme

W wyjazdach cenię wanny i sny. Ten jest o zlinczowanej dziewczynce, która miałaby mieszkać w Lu. i śpiewać o Czasie. Nazywano ją Zegarynka i nie wiedziano, skąd się wzięła. Źli mieszkańcy zaciągnęli ją na świeżo zaorane pola i zabili, a nikt nie pomógł: po prostu zniknęła z miasta. Dwa razy mi się śni, więc za drugim razem budzę się i zapisuję przykładnie jak Nabokov.

Na plaży pięć Amerykanek. Wiszą nad nimi kolorowe domy. Kalabria jak z folderu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s