
(Baldomero Pestana, Portret Mario Vargas Llosy, źródło: pinterest.com)
Różowy tom (bardzo ładnie wydany) esejów Vargasa Llosy o literaturze czyta się z przyjemnością. Zresztą siedem lat temu pojawiał się już Vargas Llosa, eseista, na tym blogu w swojej przemowie noblowskiej, którą przepisywałem, bo oczarowywała (tutaj). Teraz też mam ochotę kopiować, choć w ciągu tych siedmiu lat zdarzyło się wiele rzeczy, które zakwestionowało autorytet autora (choćby jego panamskie oszczędności).
Niemniej – na literaturze się nie znam, „Pani Bovary” nie czytałem, dopisuję do listy „Rozmowę w katedrze” – pozostaje mi wycinanie ku pamięci fragmentów. A Vargas Llosa udowadnia, że do pisania wcale nie trzeba mieć natchnienia z niebios, wystarczy systematyczna praca. Pisarz nie różni się tak bardzo od innych zawodów. Andrzej Bursa ujął to zresztą w sposób kunsztowny w wierszu o poecie, który cierpi za miliony od 10 do 13.20.
Kto porzuca swoje powołanie z „przyczyn praktycznych”, popełnia całkowicie niepraktyczny idiotyzm. Prócz normalnej porcji nieszczęścia, należnej nam jako istotom ludzkim, skazuje się jeszcze na nieczyste sumienie i wątpliwości (s. 39).
Kiedy postacie fikcyjne i prawdziwi ludzie przynależą do teraźniejszości, rzeczywistość tych drugich przeważa wówczas nad pierwszymi – nic nie jest tak żywe jak ciało, które można zobaczyć, dotknąć – różnica ta znika jednak, kiedy obie kategorie stają się przeszłością, wspomnieniem: przewagę zyskują wtedy ci pierwsi, gdyż prawdziwi ludzie nieubłaganie blakną w naszej pamięci, podczas gdy postać literacką możemy ożywiać bez końca (s. 65).
Fragment o Inkach ze s. 188 przeczytałem koledze – zdziwił się, ale nie wziął do serca – i zachowuję go na później, żeby móc z dystansem przyglądać się naszej historii, przepisywanej na nowo przez usłużnych mędrców, amautas, jak ich określali władcy z Cuzco.
