Krzysztof Iszkowski, Ofiary losu. Inna historia Polski, Liberte 2017


(Anna Dymna w filmie „Epitafium dla Barbary Radziwiłłówny”, reż. Janusz Majewski, 1982, źródło: canalplus.pl; Radziwiłłówna zwiększała szanse na porzucenie przez Polskę katolicyzmu – tak długo, jak żyła (…). Gdyby zaś królowa nie tylko nie umarła, lecz także urodziła Zygmuntowi Augustowi męskiego potomka, prawdopodobieństwo utworzenia kościoła  narodowego dodatkowo by wzrosło (s. 69))

Skąd się bierze historia?

Kolega z pokoju twierdzi, że nad wszystkim czuwa Opatrzność, która przesuwa pionki na mapach. Nie doszliśmy do porozumienia, co do wpływu Opatrzności na zbrodnie przeciw ludzkości i ludobójstwa.

Ja twierdzę, że za wszystkim stoją decyzje i wybory pojedynczych osób. Historia byłaby więc sumą ludzkich wyborów, oczywiście biorących pod uwagę kontekst (jak na przykład susze, trzęsienia ziemi i zarazy), ale jednak podejmowanych za pomocą wolnej woli.

Z kolei autor „Ofiar losu”, Krzysztof Iszkowski twierdzi, że za wszystkim stoją przypadki, zbiegi okoliczności, pociągi, które spóźniają się o pięć minut i królowie, którzy zapadają na śmiertelne przeziębienie na dzień przed walną bitwą. Zasadniczo wszystko jest zbiegiem okoliczności (s. 9). Los czyli taka ateistyczna Opatrzność.

To mój pierwszy problem z tą książką; nie wyczuwam szczególnej różnicy między postawą kolegi, z którym się o ową Opatrzność kłócę, a postawą autora. Drugi jest nawet większy – owszem czyta się wartko i z niemałą przyjemnością, ale brakuje w „Ofiarach losu” warsztatu naukowego. Książki o starożytnych bogach, które, jak pamiętacie, czytam dla rozrywki, bardzo wyczulają na różnice w jednym czy dwóch słowach. Tu nie potrafię powiedzieć, co ma poparcie w faktach, co jest wyobraźnią autora, a co andronami. Jakże inaczej czytało się Jana Sowę i jego fantomowe ciało.

Niemniej analiza Iszkowskiego i jego alternatywne historie zmuszają do myślenia. W czasach, gdy narracja historyczna zaczyna być monopolizowana przez specjalne instytucje służące jej zakłamywaniu, „Ofiary losu” pozwalają odetchnąć i zastanowić się nad mitami, które teraz stają się dla rządzących, a co gorsza dla uczących się, bezmyślnymi mantrami. Bezmyślna historia jest najbardziej niebezpieczna.

Czytam więc na głos koledze od Opatrzności fragmenty o prosperity w Królestwie Polskim i o II Rzeczpospolitej: państwie biednym, źle zorganizowanym i słabym pod względem tego, co w dzisiejszej dyplomacji określane jest mianem soft power (s. 119). Czytam oczywiście myśląc o dzisiejszej Polsce. 1 sierpnia 1939 r. ambasador von Moltke meldował: hasła propagandy rządowej spotykają się ze ślepym zaufaniem. Tak więc szerokie koła mają rzeczywiście przeświadczenie, że Polska znajduje się po stronie przyszłych zwycięzców, że w Niemczech ludność głoduje… że niemiecki sprzęt wojskowy jest wątpliwej jakości (s. 144). Jakże łatwo jest nabierać Polaków, nic ich nie uczy historia (a smutny wniosek, że Polska została w 1939 roku porzucona przez sojuszników, bo nikt jej nie lubił, czy nie do tego sprowadza się nasza dzisiejsza podmiotowa polityka zagraniczna?)

Największe wrażenie robi na mnie teza o 31 marca 1981 roku jako najważniejszej cezurze w dziejach polskiej transformacji, dniu, w którym pewien mężczyzna z wąsami (do spółki z mężem pewnej skrzypaczki) zatrzymał los, nie dopuszczając do radzieckiej interwencji, narodowego powstania i kolejnego mitu do zestawu z małym powstańcem. Byłby to następny przyczynek do wielkości Lecha Wałęsy lub – dla nienawistników – jeszcze jeden dowód, że nie pozwolił Polakom być Polakami (to znaczy ginąć bez sensu, płakać a potem mieć fumy i pretensje, że nikt nie docenił).

Po przeczytaniu „Ofiar losu”, zacząłem się zastanawiać i przyglądać dyskusji o uchodźcach: ta wielogłosowość od elitarnych stwierdzeń o przedmurzu i polskiej obronie cywilizacji białego człowieka, poprzez umiarkowane, aż do radykalnych pochwał Ratko Mladicia jako specjalisty od ostatecznego rozwiązania kwestii muzułmańskiej, tudzież twierdzeń o herezji Franciszka, skoro głosi ewangelię. W ten sposób doszedłem do wniosku – dowód przez analogię – że postawa Polaków do Żydów w czasie II wojny światowej musiała wyrażać się przede wszystkim przez wydawanie i Judenjagd, a nie przez ratowanie ich za wszelką cenę, nawet jeśli dzisiejsi spece od pamięci narodowej twierdzą inaczej.

Tacy jesteśmy, kiedy się zedrze z nas pazłotko mitów.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s