

(Ksawery Jan Kaniewski, Portret damy w białej sukni, 1846, Muzeum Narodowe w Warszawie, źródło: a.b.)
Czwartek. Bez powrotu
Siedzieliśmy sobie z K. nad bezą pod okrągłym niebem. Dzień był złoto-polsko-jesienny, skąd mogłem wiedzieć wówczas, że ostatni – zdaje się – taki. Do Warszawy przybyliśmy osiemnaście lat temu podobnej jesieni (nie rozmawialiśmy o tym nad bezą – tak tylko zapisuje narrator, gdy jest mu to potrzebne ze względów kompozycji lub logiki wywodu).
Mieszka u nas M., która właśnie z Lublina do Tu. Ta jej jesień to jest tamta moja.
Piątek. Pochodnia
Na Placu Defilad podpalił się wczoraj człowiek, od razu pomyślałem o Pochodni nr 1 z reportażu Mariusza Szczygła. Przeszliśmy obojętnie, tak jak każdego dnia przechodzimy obojętnie nad kolejnymi stadiami zamieniania państwa w zdziczały ogród. Nasza mała stabilizacja, nasza mała mimikra, nasza mała pogarda.
To, co Havel pisał o obojętnych Czechach po Praskiej Wiośnie, to o nas teraz.
Sobota. Odgłosy
Puk puk, sroka udaje dzięcioła na modrzewiu przy ulicy Białej. Puk puk, otwiera się drzewo.
Puk puk, we mgle jedziemy z Dzieckiem na basen. Puk puk, rozchyla się wilgoć.
Niedziela. Zachmurzenie duże, nastrój średni
Na wystawie „Biedermaier” w Muzeum Narodowym najbardziej podoba mi się przybliżenie tego momentu tuż przed pojawieniem się fotografii, kiedy to na malarstwo portretowe spada cała odpowiedzialność za ludzką nieśmiertelność. Namalować dzieci tak, żeby nigdy nie dorosły, uchwycić młodą żonę nim twarz pokryją jej zmarszczki. Nie pozwolić umrzeć ludziom i widokom. Zachować dokładnie dziewczęta i chłopców.
Może z powodu owych niespełnionych obietnic, nic nam nie mówią nazwiska malarzy?
Poniedziałek. Taki to
Taki to poniedziałek – powiedziała mama Maksia, gdy Dziecko odmówiło podania mu ręki. Taki to poniedziałek – jaka doskonała wymówka, powtarzałem i słyszałem na schodach, rozmowach kwalifikacyjnych, w metrze. Taki to, acz zupełnie niewyjątkowy.
Wtorek. Szykowanie
Wyjeżdżając na kilka dni z domu, od dziesięcioleci gospodynie domowe przygotowywały z wyprzedzeniem obiad dla reszty rodziny. W czasach ponowoczesnych, gospodynie domowe często stawały się mężczyznami. Także ja, tego wieczoru, pamiętając o pociągu nazajutrz o siódmej, szykowałem kilogram marchewki na zupę, chociaż nie cierpię kroić marchewek.
Zupa z marchwi według przepisu An. oznacza głęboką jesień.
(19-24.10.2017)
