Dziennik pisany w październiku (odc. 2)

 


(zaczyna się od mapy siedemnastotysięcznego miasta, Europejskie Centrum Solidarności, październik 2017)

 

Muzea gdańskie. Puste pole

Przyjechaliśmy nocnym pociągiem razem z A., dawno to było, jeszcze sporo budynków, drzewa przy bramie z Leninem, i pomiędzy tymi budynkami miał być koncert Żanamiszelażara, tamże balet żurawi. Wzdłuż ulicy do stoczni stali jej byli pracownicy, usiłując sprzedać spóźnialskim wręczane im za darmo bilety.

Opowieść zaczyna się od mapy siedemnastotysięcznego miasta z własnym szpitalem i liniami autobusowymi. Zaraz potem pojawią się bohaterzy naszej wolności z imionami i nazwiskami, za ich plecami zniknie tych szesnaście tysięcy dziewięćset pozostałych. (A jeśli jest jakieś pragnienie wśród obecnie rządzących to jedynie zastąpić owych bohaterów sobą, wymazać tamtych, tak jakby Pies Pluto mógł kiedykolwiek przysłonić Myszkę Miki).

Wystawa nigdy nie spogląda na puste pole, na łąki, które kiedyś były stocznią. Umyślnie kieruje nas ku Trzem Krzyżom i – gdzieś w oddali – wieżom Głównego Miasta. Nikt nie pyta, co się stało ze stocznią, gdzie się podziali tamci anonimowi strajkujący, czy aby nie przeszkadzają w szczęśliwym zakończeniu, które umieszczono w ostatniej z sal?

Brakuje w romantycznym Europejskim Centrum Solidarności opowieści o tej klęsce lat wolności, brakuje głosu przegranych i bezsilnych, którzy nie mieli wystarczająco siły.

Motława. Incipit do poematu, który nie powstał nocą w hotelu naprzeciw dworca

Środkiem Motławy płynął łabędź, pozostawiając za sobą trójkąt wody.


(Sawiczewowie nie żyją. Wszyscy nie żyją. Została tylko Tania, „Dzienniczek” Tani Sawiczewej, 1941-1942, Muzeum II Wojny Światowej, październik 2017)

Muzea gdańskie. Sto dwadzieścia pięć gramów

Zdarza mi się płakać na filmach, choć skrzętnie to ukrywam, bo obawiam się nadmiaru patosu. Jest na patos zresztą przepis wykorzystywany przez reżyserów: podniosła muzyka i spowolnione zdjęcia. W muzeum rzadziej, tutaj – w sali o głodzie w Leningradzie – jak bóbr.

Umieszczone jest tam, obok opowieści o zapiskach dziewczynki, Tani Sawiczewej, której rodzina umarła z głodu, sto dwadzieścia pięć gramów czarnego chleba – dzienna porcja pożywienia w oblężonym mieście. Okruchy, które mówią więcej o wojnie niż niejedno zdjęcie.

To nie jest muzeum o historii wojny, to muzeum egzystencjalne, mówiące o wojnie jako zjawisku, stanie międzyludzkim. Doskonałe w swej opowieści o tym, czym ona jest: udręką, śmiercią, głodem, nienawiścią, która wybucha niepohamowana i całkiem zwyczajna, opanowująca sąsiadów z jednej wsi i kuzynów z jednej rodziny. Bo wojna nie jest bohaterstwem, jak wciska się dzisiaj młodym ludziom, jest największym g..nem, w jakie można wdepnąć.

Muzeum II Wojny Światowej wstrząsa. Tylko teraz biegają tam harcerzyki z Polską walczącą w klapie, tacy, co nic nie zrozumieli z wystawy.

Baśnie wschodnie

Tego wieczora długo siedzieli z M., tak długo, aż do jutra. Opowiadali sobie o miastach, które zostawili na Wschodzie. Nawet jeśli nie zaczynali od dawno, dawno temu, wiedzieli, że to wszystko jest już tylko baśń.


(Na hali padało i dyń było niewiele, Hala Mirowska, Warszawa, październik 2017)

Dynia czyli encyklopedia zagrożeń duchowych

Tyle zagrożeń duchowych – kolega z pokoju zabrał się za encyklopedię o nich – a autor bloga jednak postanowił kupić dynię, taką wyciętą, żeby postawić na oknie w kuchni. Na hali padało i dyń było niewiele, ale jedną mu się udało za dziesięć złotych.

Wracali ulicą Cmentarną, padało jakby bardziej a kierowcy dostawali białej gorączki: byle szybciej dowieźć znicze. Działo się to w świecie, gdzie duszy zagrażała dynia, ale już nie granice zamknięte przed uciekinierami i wiadro pomyj wylewające się z telewizyjnych ekranów.

Z toporem w głowie

Niamen – modliło się Dziecko, które dobrze czuło się z zaprzeczeniami. Ksiądz zapowiadał bal wszystkich świętych, zamiast osławionej dyni. Wyobraziłem sobie jak każdy święty przychodzi przebrany ze swoimi atrybutami: Agata z tacką, Łucja, Sebastian, Wawrzyniec, Piotr Męczennik.

Szyja

Obserwowałem czyjąś długą szyję w autobusie. Ranek był nieprzyjemny a ona taka wyniosła, ta szyja, bez szalika. Gęsia skórka, łabędź na Motławie, ćwiczenie zawierania emocji w niewielu słowach.

Psikus

Pukanie do drzwi jak przybijanie tez. To dzieci przychodzą po cukierki, o ich dyniowate dusze drżą biskupi.

(25-31.10.2017)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s