Anna Pamuła, Polacos. Chajka płynie do Kostaryki, Czarne 2017

RetrieveAsset_400x400

(Żydowscy migranci w Kostaryce przygotowujący wesele ocalonych z Żelechowa, ok. 1947-1955, (c) United States Holocaust Memorial Museum, za zgodą Freidy Kierszensow; źródło: https://collections.ushmm.org/search/catalog/pa1129422)

Spośród miast mitycznych mojego dzieciństwa wyróżniał się jeszcze – samym brzmieniem nazwy – Żelechów. W Żelechowie mieszkała ciocia z mężem, który zbierał żurawiny na bagnach i miał przeżyć wszystkich, ale jednak umarł pierwszy. Nigdy go zresztą nie widziałem, a i samo określenie siostry prababci „ciocią” było spora familijną ekwilibrystyką. W Żelechowie byłem raz, ale to mi nie przeszkadzało, żeby wiedzieć o nim wszystko: były tam wysokie schody do kościoła, bruk na rynku i Cyganie.

Do tej opowieści o Żelechowie – ilekroć jadę szosą do Lu. i mijam kolejne drogowskazy z napisem Żelechów, bardzo mnie kusi, żeby skręcić – Anna Pamuła wnosi historię dosyć niesamowitą. Opowiada o sztetlu, którego mieszkańcy wylądowali w Kostaryce. (Przypomnę, że autor bloga też pisał o sztetlu tutaj).

Pochłania się „Polacos” całkiem szybko, czytając opowieści o żelechowskich (tudzież pochodzących z innych mazowieckich sztetli) Żydach, którzy stali się założycielami sieci handlowych, znanymi aptekarzami lub dziadkami kostarykańskich prezydentów. Wielka rzecz, że autorka – po amerykańsku ciągle w tym reportażu obecna – zdołała wysłuchać ostatnich, co mieszkali zarówno w Żelechowie, jak i w San José. Może to z powodu wysłuchiwania starych ludzi, ten reportaż bardzo przypominał mi poprzedni o Grekach z Dolnego Śląska i Podkarpacia (tutaj). Jednak, przeciwnie niż u Sturisa, w tych kostarykańskich opowieściach dużo jest wobec Polski goryczy (a przecież kolega-mormon, nie on jeden, twierdzi, że w Polsce nie ma i nie było antysemityzmu).

Nic dziwnego – zaglądam do „Księgi pamięci Żelechowa” i natrafiam na wspomnienie Hanki Oszlak, która po wyzwoleniu ledwo co się uratowała od polskich sąsiadów: tutaj.

Książka Anny Pamuły jest równa, nie ma w niej dłużyzn, ale też brakuje uniesień. Tylko ten jeden jedyny fragment jest inny. Czytam go i wyobrażam sobie te setki, tysiące, całe pola pluszowych foteli:

Chajka znów przypomniała sobie, co mówiła mama: jeśli będzie niegrzeczna, fotel wessie ją do środka przez otwór między oparciem a siedzeniem. Chajka zadrżała (po wielu latach tłumaczyła swojemu synowi Jacopo, jak wyobrażała sobie Zagładę. Widziała tysiące foteli otwierających pluszowe paszcze i pochłaniających wszystkich polskich Żydów (…) Jacopo unikał siadania w fotelach. Myślał, że może niektóre chrześcijańskie meble kryją do tej pory żydowskie dusze). (s. 167)

(Nie będę wytykał błędów geograficznych, ale znajdują się one na s. 31 i 39).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s