Dennis Covington, Zbawienie na Sand Mountain. Nabożeństwa z wężami w południowych Appalachach, Czarne 2016

1280pxSnakehandling

(Russell Lee, Nabożeństwo z wężami w Kościele Boga ze Znakami, Lejunior, Hrabstwo  Harlan, Kentucky, 15 września 1946, źródło: National Archives and Records Administration, za wikimedia.org)

Jest taki zabawny passus na s. 140, gdzie autor pisze: Mówienie o sobie samym przychodzi mi z trudnością. Jako dziennikarz zawsze starałem się trzymać poza opowieścią. Skoro czytelnik dotarł aż do tej strony, okłamywanie go przez autora w taki nachalny sposób może tylko rozbawić. Bo „Zbawienie na Sand Mountain” wcale nie jest książką o południowych kościołach, w których ludzie zbyt dosłownie czytają ewangelię, co prowadzi ich do chwytania jadowitych węży i picia strychniny. Nie, jest to opowieść o facecie, którego przodków urzędnicy opisywali jako zidiociałych, a który miał napisać reportaż sądowy, gdy tymczasem wciągnął się w życie dość ekscentrycznej wspólnoty religijnej. Chwała Panu! Amen!

Dennis Covington opisuje więc siebie, swój alkoholizm, swoją młodość, młodość swoich rodziców, swoje córeczki i ich zwyczaje, wreszcie swoje religijne uniesienia (aby był to prawdziwy amerykański koszmar brakuje jedynie wspomnień o molestowaniu w dzieciństwie). Gdzieś na marginesie pojawiają się inni bohaterowie reportażu. Właśnie dlatego nie cenię amerykańskich reportażystów (bo to nie pierwszy raz, gdy ego autora przysłania to, o czym pisze).

Niemniej dzięki tej introspekcji, można zaobserwować jak działa mózg fundamentalisty, w dodatku fundamentalisty-neofity. Pisze bowiem Covington całkiem serio:

Carl pachniał Old Spice’em, grzechotnikiem i czymś jeszcze, czymś subtelniejszym: ten miły zapach przywodził na myśl ciepły chleb i jabłka. Pomyślałem, że to Duch Święty. Jak twierdzili ludzie od węży, Duch Święty wydziela pewien zapach, „słodki aromat” (s. 131).

Wszystko to jest jeszcze przesycone resentymentem. Autor mieni się rzecznikiem pogardzanego białego Południa, łączy więc swoje nagłe nawrócenie na religię węży z jakąś lokalną wersją mesjanizmu czy megalomanii. Prawdopodobnie w ten sam sposób opowiadałby o sobie Algierczyk z podparyskich przedmieść słuchający radykalnego imama albo podkarpacki wyznawca Jezusa Króla Polski.

Tylko czy to na pewno reportaż?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s