Dziennik w podróży służbowej (3)

 

Pas

Dopiero kiedy siedzisz w kabinie pozbawiony jakiegokolwiek wpływu na to, co się z tobą stanie, i obserwujesz malutkie tramwaje sunące po Krakowskiej i obi na horyzoncie, w którym pewno za kilkanaście dni, taki masz plan, będziesz kupował choinkę, dopiero z tego miejsca i z takiej perspektywy, dochodzisz do wniosku, że w sumie to życie, jakie masz, zupełnie ci odpowiada. I gdybyś musiał spaść, rozpadając się na dziesięć tysięcy kawałeczków, to do ostatniej chwili pewnie byś za nim tęsknił.

Wanna

Z wanną to było tak. Do czekinu byłem w kolejce drugi, więc kiedy usłyszałem z przodu pytanie bath czy shower to nawet zacząłem się cieszyć, że jest taki wybór i że będę mógł się wieczorem poświęcić swojej ulubionej hotelowej czynności: leżeniu w wannie (por. tutaj). Zupełnie się też nie przejąłem, że odpowiedź brzmiała shower, bo pomyślałem, że zaraz ja odpowiem bath i pobiegnę do pokoju, aby napuścić do wanny płynu o uroczej nazwie Bubbles inside. Czekin, imię, nazwisko, podpis, numer, ej, a gdzie jest mój wybór?

Wanny nie było. Wróciłem z kolacji w surinamsko-jawajskim barze, gdzie podawali porzeczkową fantę i bawię się kanałami hotelowej telewizji. Nie mogę z tego kąpielowego przejęcia zasnąć, więc oglądam niderlandzkie „Koło fortuny”.

Morze

Siódma trzydzieści, kiedy wsiadam do nocnego tramwaju. Chociaż powinien być już poranek, tutaj wszystko jest jeszcze nocne, to znaczy puste i ciche. Miasto całe dla ciebie, ale po omacku. Głośne jest tylko Morze, które jest daleko – idę od tramwaju – musiało uciec tej nocy, bo od promenady do pierwszych fal rozpościera się pustynia zaorana ciężkim sprzętem (ciężkim, niemniej na tyle delikatnym, że muszelki uszły bez szwanku). Kiedy się tak zastanawiam nad Morzem, krok za krokiem, kończy się noc.

Wracając, wsiadam więc do porannego tramwaju. Godzina jest szkolna, co można poznać po ruchu rowerowym. Rozstawiają się antykwariusze i sprzedawcy wafli. Morze oglądam nieco później z piętnastego piętra i muszę przyznać, że wtedy wydaje się ładniejsze.

Mewy

Dziwię się papugom, że mieszkają w takim zimnym kraju, w końcu to nie Neapol ani Sewilla (w ten poranek noszę rękawiczki). Co innego mewy. Mewy pasują do landszafciku z Morzem, z wieżyczkami i kamieniczkami. Przypatruję się im przez okno hotelowej restauracji. Lustrują gości, rozdziawiają dzioby, podchodząc do stolików za szkłem.

Jeden kelner po cichu je tresuje. Opisuję w sekrecie, to co zobaczyłem. Wynosi im chleb, a one idą za nim, ciesząc się, na samą krawędź dachu. Nie spodziewasz się nigdy po zwyczajnym kelnerze w hotelowej restauracji, że jest zaklinaczem.

Malarstwo rodzajowe

Z A. dopracowaliśmy się pewnych reguł oglądania obrazów i pewno z nią chodziłbym po muzeum dłużej, przyjemniej, zwracał uwagę na szczegóły: Patrz, jedzą gofry (przyznacie, jedzenie gofrów w szesnastym wieku zmusza do refleksji) albo Zobacz, jakie ona ma pończochy. Mógłbym też odnotowywać gatunki zwierząt (tutaj przewaga psów!) lub komentować urodę portretowanych osób. Wracałbym do obrazów, które już były, żeby porównać lub przyjrzeć się powtórnie, weryfikując swój poprzedni osąd. Nigdy tych reguł nie skodyfikowaliśmy, nawet na blogu, ale podobne wiszą tu na ścianie, więc przepisuję:

Jak czytać malarstwo rodzajowe?

Miejsce: co to za miejsce? Dom, karczma czy gospodarstwo?

Ubrania: jak ubrane są postaci? Czy są to drogie ubrania czy łachmany? Odpowiednie czy nie w danej sytuacji?

Przedmioty: czy przedmioty mówią nam coś o charakterze lub zawodzie postaci?

Miny: przyjrzyj się ich minom. Czy wyglądają na szczęśliwe, smutne czy tajemnicze?

Zachowania: kto na kogo patrzy? Jak się zachowują?

Ukryte przekazy: czy znajdują się na obrazie? Niektóre przedmioty są wieloznaczne. Obraz w obrazie też może wiele wyjaśniać.

Konferencja

Najpierw jest przedstawianie, wiecie, ten small talk. Dawnośmy się nie widzieli, choć nie widzieliśmy się wcale. Obowiązuje dystans, ale zaraz zaczynają się całować (w ile policzków, ach, te różnice kulturowe).

Dzięki pani w pudełku gadatliwość jest symultaniczna. Agenda, dyskusja, pytania, ciasteczka. Obserwuję salę i konfiguracje stolików. Dosyć zabawna konstatacja: milczę jedynie ja i Węgierka, która, żeby się lepiej ukryć, wygląda przez okno.

Kolacja

„Zebedeusz” to jest dobra nazwa. Ma w sobie biblijną siłę, ale mówiąc o nim, nie narażasz się na żaden zarzut przyzwania na daremno. Zresztą nie ma to chyba znaczenia, skoro Dzieciątko Jezus zdobi wystawę z tanią biżuterią a Matka Boska w „Zebedeuszu” czuwa nad półkami z winem. W przeciwieństwie do swoich synów, Zebedeusz nie mógłby zostać patronem kościoła, ale już restauracji w dawnym kościele owszem. W tym kontekście kłótnia Jakuba i Jana, o to kto zyska pierwszeństwo, nabiera nowego smaku.

Soczysta jest pierś przepiórki spożywana pod witrażem.

Powrót

Mam okazję ćwiczyć się w trudnej sztuce zamykania sobie ust. Nasz samolot jest opóźniony, może wcale nie przyleci. Nie daje po sobie poznać, że jestem kimś innym. będę bił brawo odmierzoną porcją/ uśmiechał się na uncje marszczył brwi dyskretnie.

(23-25.11.2016)

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s